Farmazon Lubelski. Zbigniew Jakubas żyje we własnej rzeczywistości

jakubas motor

Gdy Dariusz Mioduski mydli oczy kibicom Legii, robi to z pewną właściwą sobie gracją, zapachowym mydłem wysokiej klasy, które dopiero po latach przyzwyczajeń może się „przejeść”. Zbigniew Jakubas za to robi to startym pumeksem, podkreślając przy okazji, że gdyby chciał, to użyłby Diora. Jeden z najbogatszych Polaków śni o doprowadzeniu Motoru do europejskich pucharów, jednocześnie odżegnując się od udziału w ekstraklasowym wyścigu zbrojeń. Pozostaje tylko jedna tajemnica – to naiwność czy cynizm?

Z pewnością możemy powiedzieć jedno – Jakubasowi nigdy nie brakowało fantazji. Gdy w listopadzie 2024 roku biznesmen jako właściciel i prezes ówczesnego beniaminka był gościem Ligi+ Extra, wygłosił śmiałą deklarację – Motor Lublin w przeciągu trzech sezonów zagra w europejskich pucharach. Można było wtedy pokiwać głową z uznaniem. W końcu mówi to jeden z najbogatszych Polaków, miliarder posiadający zasłużony klub w regionie o wielkim, acz niewykorzystanym potencjale, który jak nic innego pragnie sukcesów. Nie inaczej było tego lata. Zbigniew Jakubas w lipcowej rozmowie z Gazetą Wyborczą mówił jasno – celem na ten sezon dla Motoru jest być na wyższym miejscu niż poprzednio i zagwarantować sobie grę w Europie. Tak właściwie, to jedno z drugim może się w dużej mierze pokrywać – miejsc biorących w tym sezonie jest pięć, a że ostatnim razem drużyna z Lublina uplasowała się na siódmej pozycji, to skończenie wyżej w tabeli daje duże szanse na choćby Ligę Konferencji. Odważne zapowiedzi bogatego właściciela, pozytywne zaskoczenie ubiegłego sezonu i najlepsza dyspozycja wśród zeszłorocznych beniaminków – kibice Motoru mogli pomyśleć, że wielka piłka stoi przed nimi otworem. Ba, Jakubas w październiku na antenie TVP Sport powiedział, że jest w stanie ściągać zawodników wartych 10 milionów euro! Trudno tylko oprzeć się wrażeniu, że może i stać go na wydawanie dużych pieniędzy, ale chęci do inwestowania… Nie ma w ogóle.

Skład osobowy Motoru już w poprzednim sezonie nie powalał na łopatki… Lekko mówiąc. Latem z zespołu odszedł zdobywca 16 bramek i 4 asyst, Samuel Mraz. Do tego trwająca jeszcze od 3 ligi przygoda Piotra Ceglarza z klubem dobiegła końca. Kapitan Lublinian miał jednak 33 lata i jego odejście nie powinno bardzo dziwić, a na jego pozycji gra obecnie Fabio Ronaldo. W miejsce Słowaka za to został sprowadzony z belgijskiego Kotrijk Karol Czubak, który jest najlepszym polskim strzelcem w Ekstraklasie. Można więc śmiało założyć, że dziury zostały załatane. Problem polega na tym, że… To właściwie tyle. Transfery takich piłkarzy jak Ivo Rodrigues, Renat Dadashov czy Florian Haxha nie byłyby realnym wzmocnieniem żadnej drużyny walczącej w lidze o najwyższe cele, za to reszta stawki zaczęła mocno wzmacniać jakość swoich drużyn. Motor w tym czasie stał w miejscu, gdy inni się rozwijali – przez to wszystko różnica między Motorem a resztą stawki się powiększała. Oczywiście, klub zdołał zimować nad kreską, głównie dzięki bramkom Czubaka. Wszystko jednak alarmowało – tu potrzeba wzmocnień. Ich stan na 31 stycznia? Łącznie: zero. Do Lublina nie przyszedł ani jeden nowy piłkarz, a portal 90minut.pl, zazwyczaj w rubryce transferów pokazujący też plotki transferowe, zdołał w ich ramach zebrać… Trzech zawodników z rezerw. Nikogo więcej. To wygląda blado, szczególnie w porównaniu do buńczucznych zapowiedzi o walce o puchary. W końcu drużyny z czuba tabeli praktycznie w całości wzmocniły swoje kadry zawodnikami z potencjałem na zostanie gwiazdą Ekstraklasy, a nawet te broniące się przed spadkiem wzięły chociaż sprawdzonych ligowców. Arka Gdynia zakontraktowała Vladislavsa Gutkovskisa, Termalica wypożyczyła Miłosza Matysika, a skład Gieksy uzupełnili Erik Jirka i Mateusz Wdowiak. Tymczasem w Motorze nie pojawił się absolutnie nikt. Trochę mało jak na kogoś, kto mógłby wydać 10 milionów euro. Mógłby, tylko nie chce.

Problem może leżeć w nastawieniu Zbigniewa Jakubasa, które jest stricte biznesowe. Oczywiście, nie ma w takim podejściu nic złego – w końcu prywatni inwestorzy w piłce to pozytywne zjawisko, a każdy z nich chciałby, by ich klub zarabiał na siebie. Właściciel Newagu jest jednak dość specyficznym przypadkiem, co możemy zauważyć śledząc jego inne przedsięwzięcia, a szczególnie te nieudane. Weźmy jako przykład nieistniejący już dziennik Życie Warszawy, założony w 1944 roku, który pod koniec XXI wieku przejął właśnie Jakubas. Jak opowiadał redaktor naczelny gazety, Andrzej Bober, gdy chciał do współpracy w nowej redakcji zaprosić cenionych dziennikarzy, spotkał się z negatywną reakcją – w końcu takie nazwiska „kosztują i psują budżet”. Właściciel miał liczyć wszystko z piórem w ręku i kalkulować, by jak najbardziej zminimalizować nakłady przy uzyskaniu zysków. Mimo, że od tamtego czasu minęło już prawie 30 lat, to trudno oprzeć się wrażeniu, że metody miliardera zbyt wiele się nie zmieniły. Zarówno redakcja, jak i klub piłkarski nie są typowym biznesem, a zarządzanie i inwestycje różnią się od tych w, powiedzmy, fabryce gwoździ. Nie da się wiecznie minimalizować kosztów w momencie, w którym wszyscy Twoi rywale starają się być bardziej konkurencyjni, z użyciem mniejszego lub większego nakładu finansowego. No, ale jedno trzeba Zbigniewowi Jakubasowi przyznać – jeśli chodzi o ten wyimaginowany budżet transferowy, to faktycznie ma największy. Szkoda tylko, że europejskie puchary w Lublinie też zostaną tylko częścią jego wyobraźni…

Patryk Chyła/fot. Motor Lublin