Eurowizja kontra Ekstraklasa [FELIETON]

Share on facebook
Share on twitter
2022.02.19 Nieciecza
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2021/2022
Bruk-Bet Termalica Nieciecza - Legia Warszawa
N/z Rafael Lopes
Foto Marta Badowska / PressFocus

2022.02.19 Nieciecza
Football PKO Ekstraklasa season 2021/2022
Rafael Lopes
Credit: Marta Badowska / PressFocus

Jeśli sobotni wieczór postanowiliście spędzić z pilotem od telewizora w ręku, mieliście dwie opcje. Mogliście wybrać konkurs, w którym kilkunastu piosenkarzy rywalizowało o to, kto będzie reprezentować Polskę na tegorocznej Eurowizji albo mecz Ekstraklasy pomiędzy dwiema drużynami walczącymi o utrzymanie, czyli starcie Bruk-Betu Termaliki Nieciecza z Legią Warszawa. W ostatecznym rachunku lepiej byłoby posłuchać piosenek.

No bo nikt mi nie powie, że mecz piłkarski wspomniany we wstępie miał jakiekolwiek argumenty, żeby zatrzymać widza przed telewizorem, skoro ten mógłby po prostu włączyć dwójkę i powspominać, jak to Michał Wiśniewski w trzech językach śpiewał „Keine Grenzen” albo jak Cleo z Donatanem kilka lat temu w rytm słowiańskich brzmień ubijali twaróg. Wiem, wiem – Eurowizja budzi skrajne emocje. Jedni jej nienawidzą, uważają, że to kiczowaty i niepotrzebny muzyczny jarmark, w którym nie liczy się jakość wykonywanego utworu, a głosowanie jest bardziej przesiąknięte polityką niż komentarz Przemysława Babiarza na IO. Jedni wprost przeciwnie – śledzą konkurs, obgryzając paznokcie ze zdenerwowania, wybierają swoich faworytów, komentują gorączkowo każdy występ i oceniają szanse poszczególnych państw na awans do finału czy ostateczny triumf. Zawsze towarzyszy temu mała bądź znikoma nadzieja na to, że na arenie międzynarodowej dobrze zaprezentuje się również nasz kraj. Niestety, polscy piosenkarze biorą przykład z naszych piłkarzy i w starciach z Armenią czy Azerbejdżanem również schodzą ze sceny pokonani. Niemniej, zawsze Polska w jakiś sposób żyje Eurowizją i choć na parę dni ten temat zajmuje w krajowych mediach jedno z głównych miejsc.

O meczu Bruk-Betu z Legią dobrze byłoby jak najszybciej zapomnieć. Słuchanie eurowizyjnej piosenki Rafała Brzozowskiego z zeszłego roku w zapętleniu bolałoby mniej niż ponownie zobaczenie „widowiska” w Niecieczy. Termalica tylko utwierdziła nas w przekonaniu, że piłkarsko na Ekstraklasę nie zasługuje i nie utrzyma się nawet, jeśli przed każdym meczem piłkarze oglądaliby film „Braveheart” oraz wychodzili na mecz „napakowani jak kabanosy”. Nie wszystko da się załatwić zaangażowaniem. Potrzeba choć trochę umiejętności gry w piłkę. A tej dzisiaj nie zobaczyliśmy. Może była to taktyka na Legię? A może po prostu Słonie nie radzą sobie na najwyższym poziomie rozgrywkowym i swoją grą sami spychają się w otchłań? Nie wiem jak wy, ale ja stawiam na to drugie.

Legia zagrała jak śpiewało Lady Pank. „Mniej niż zero” w Niecieczy jest dla fanów mistrza Polski trudne do przetrawienia, jeśli jeszcze kilka miesięcy temu Legioniści potrafili ograć Spartaka czy Leicester. Chociaż po ostatnim meczu z Wartą, który stołeczna drużyna koncertowo spieprzyła, kibice mogli się spodziewać, że dzisiaj poziom jakoś bardzo się nie poprawi. Ale kolejne obserwowanie kopania się po czole piłkarzy, którzy byli sprowadzani do Warszawy, by grać o najwyższe cele, przyprawia o migrenowy ból głowy. Który zawodnik Wojskowych zasługuje po tym meczu na wyróżnienie? Który może czuć się usprawiedliwiony swoją przyzwoitą grą? Który dzisiejszym występem zapracował chociaż na 50% swojej pensji? Koszmarna forma i kiepska atmosfera w szatni to wymówki, którymi nie można usprawiedliwić tak słabego meczu mistrza Polski z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza. Takie spotkanie powinno być dla warszawiaków szansą na odbicie się od dna. Swoistym pokazem, że „nie jesteśmy tacy słabi, jak wszystkim się wydaje”.  Nic takiego nie miało miejsca. Znów oglądaliśmy żałosny kabaret z Łazienkowskiej, który zdaje się nie wyciągać wniosków po piętrzących się ligowych kompromitacjach. Bo chociaż dzisiaj punkt zdobyli, to remis ten kompromitacją zwać trzeba.

We wspomnianym pojedynku z Wartą popis głupoty dał Artur Boruc. Sytuację z bramkarzem Legii w roli głównej widzieliście pewnie już wiele razy, więc nie będę się zbytnio o niej rozpisywał. Najważniejsze, że dzisiaj nieobecnego Boruca godnie zastąpił kolega z drużyny. Miano „pajaca spotkania” powędrowało do Rafaela Lopesa, który chyba w trakcie wbiegania na murawę przypomniał sobie, że zostawił mleko na gazie. Pograł 10 minut, żeby nie było, że się nie stara, i zwinął do domu. „Co się wydarzyło?”, zapytacie. Ano Portugalczyk pojawił się na boisku w 63. minucie, po pięciu minutach zobaczył pierwszą żółtą kartkę, a w takim samym odstępie zarobił drugie „żółtko”, w konsekwencji czego mógł udać się wcześniej pod prysznic. Rozgrzewka 30-latka trwała dłużej niż jego występ. No, ale przynajmniej mleko nie wykipiało.

Nie nagrał się również Bartłomiej Ciepiela. 20-letni pomocnik pojawił się na boisku w tym samym czasie, co Lopes, a zszedł z niego zaledwie po 20 minutach. Być może gotował budyń razem z Lopesem, kto wie…

Jak traktować ten wynik? Dla Termaliki to nic nie znaczący punkt, który i tak nie przyczyni się do poprawy sytuacji małopolskiej drużyny. Może jestem zbyt brutalny w swojej ocenie, tym bardziej, że należę do grona zwolenników romantycznego futbolu, w którym jest miejsce na każdy scenariusz, nawet ten surrealistyczny, ale nie ma obecnie praktycznie żadnych perspektyw na to, że Słonie utrzymają się jakimś cudem w Ekstraklasie. Śląsk Wrocław pomaga jak może, ale nawet ten wielkoduszny czyn nie wystarczy. Jeśli Bruk-Bet zmieni bieg nieuchronnie lecącego zębatego koła przeznaczenia, które ma w maju odciąć drużynie łeb, to dobrze. Pokaże wszystkim, że nie należy wątpić. Na razie jednak nikt o zdrowych zmysłach pieniędzy na utrzymanie klubu w Ekstraklasie nie postawi.

Legia ten remis może traktować jak porażkę. Kolejny tydzień spędzony w strefie spadkowej, kolejny zawalony mecz, kolejna czerwona kartka, kolejna kompromitująca mistrza Polski gra i mizerne nadzieje na poprawę stylu oraz następnych wyników. Piłkarze, którzy robią z siebie błaznów, przynoszą wstyd nie tylko swojemu nazwisku, ale i drużynie, w której grają i zarabiają pieniądze. A te, parafrazując niejako pewną polską panią polityk, „im się po prostu nie należą”. Nikt nie zamierza odbierać zawodnikom wynagrodzenia, ale taka piłkarska mizeria wart tysięcy euro zdecydowanie nie jest.

Jakub Kowalikowski