Ekstraklasa pod Włos: Weekend błędów w Matrixie

Share on facebook
Share on twitter
górnikzabrze.pl

Odpoczęli po reprezentacyjnej przerwie? A więc wracamy do ligowej młócki, polskiej piłki kopanej, czy jak kto woli, ekstraklasy. 14. kolejka niektórym dużo przyniosła, niektórym też dużo zabrała. Grunt, że nie było wszechogarniającej nudy, a nawet w potencjalnym paździerzu w Niecieczy można było dostrzec elementy dramaturgii, tudzież MMA. Zapraszam na cotygodniowy przegląd najciekawszych wydarzeń ligowej kolejki subiektywnym okiem, a może nawet włoskiem!

Skończyły się czasy nudnej, wyważonej ekstraklasy. Teraz rządzi prawdziwy chaos, niewyobrażalne ilości strzelanych goli i nieprawdopodobne wręcz błędy, których nie wymyślilibyśmy za żadne skarby świata. Z tych nieco łatwiejszych do przewidzenia faktów: Legia przegrała już siódmy mecz z rzędu, bijąc niechlubny, przedwojenny jeszcze rekord. O zdarzeniach w Zabrzu można by napisać niejedną książkę, ale działo się przecież także na innych stadionach. Wejdźmy zatem do tej jaskini najciekawszych wydarzeń ligowego weekendu.

Piłka parzy

Najłatwiej zacząć od czegoś na pozór śmiesznego, ale kryjącego pod wierzchnią warstwą nieco smutniejsze przesłanie. Bo czy zawsze indywidualny błąd musi wynikać z dekoncentracji? Czasem jest to przecież efekt nie najlepszego wyszkolenia poszczególnych zawodników w naszym kraju. Ale jak zatem wytłumaczyć to, co robi w tym sezonie Adrian Lis? Doświadczony bramkarz z piłką gubi się niczym gimnazjalista zabierający się do zaproszenia koleżanki do tańca na szkolnej dyskotece. Błąd w systemie? Chwilowe odcięcie prądu? Zobaczcie sami.

Chcesz piłkę? No to dostaniesz ją prosto na nos, proszę bardzo. W powyższym tweecie autor słusznie zauważył, że to nie była pierwsza taka sytuacja z udziałem golkipera Warciarzy. Zaledwie dwie kolejki wstecz Lis zderzył się z Janem Grzesikiem w kuriozalnej akcji, kiedy to bramkarz poznaniaków wychodził daleko za pole karne, czego słynny „Joao” nie odnotował w dzienniku pokładowym. Wyglądało to co najmniej komicznie, ale fakt jest taki, że więcej pretensji powinniśmy kierować jednak pod adresem bocznego defensora.

Nie martwcie się, to jeszcze nie koniec piłkarskich wygibasów. Tym razem w roli głównej Maciej Sadlok i jego znakomita strategia na mecz z Jagiellonią (1:3). Jak ona wyglądała?

  • Szybkie wrzucenie na konia Michala Frydrycha,
  • W konsekwencji krótkiego podania doświadczonego obrońcy faulem musiał ratować się Czech,
  • Frydrych osłabia Wisłę już na początku meczu,
  • Chwilę później z boiska schodzi Yeboah,
  • Biała Gwiazda przegrywa ostatecznie 1:3.

Jak się bawić, to z rozmachem. A tego nie zabrakło też w Niecieczy…

Derby beniaminków rzeźników

Jeśli nie mieliście co robić w niedzielne południe albo leczyliście jeszcze pozostałości po poprzedniej nocy, to nic nie straciliście, nie oglądając mecz Bruk-Betu z Górnikiem Łęczna. Już same nazwy obu ekip odstraszają, tym bardziej o godzinie 12:30. Nikt jednak nie przewidział tego, że ledwo sędzia zagwizdnie po raz pierwszy, a już jeden zawodnik będzie musiał udać się do szatni pod prysznic. Nemanjo Tekijaski – brawo, osłabiłeś drużynę na cały mecz swoim bezmyślnym zachowaniem. Nic dodać, nic ująć.

Żeby jednak Słonikom nie było aż tak dobrze, to proporcje na murawie postanowił wyrównać Przemysław Banaszak, który jeszcze przed przerwą został odesłany drogą serbskiego obrońcy na przedwczesny odpoczynek. Generalnie, gry było w tym spotkaniu tak mało, że oprócz ciągłych fauli, nie zauważylibyśmy, że coś dzieje się na boisku. Aż 25 fauli dużo mówi nam na temat tego iście rzeźnickiego starcia. A przecież po drodze była jeszcze rozcięta głowa Mateusza Grzybka i rzut karny dla gospodarzy wykorzystany, przez Piotra Wlazło. Właściwie, to jedynym przebłyskiem tego jakże niemrawego pojedynku był gol wyrównujący dla ekipy Kamila Kieresia.

Jason Lokilo przymierzył w taki sposób, że próbujący interweniować Tomasz Loska mógł tylko przyglądać się, jak futbolówka ląduje w siatce. Cóż, jeśli ktoś spodziewał się po meczu będących w strefie spadkowej beniaminków wielkich fajerwerków, to nieźle się zdziwił. Albo był po prostu przesadnym optymistą…

Partidazo w Zabrzu

Przesadnymi optymistami muszą być z pewnością kibice Legii, którzy od siedmiu meczów z rzędu nie cieszyli się ze zwycięstwa stołecznego zespołu. O wygibasach Mistrzów Polski powiedziano już chyba wszystko. Fakty są takie, że jeszcze przed końcem pierwszej połowy na Górnym Śląsku Legioniści dali już sobie wpakować 2 gole, a przełamał się na nich nawet Lukas Podolski (o nim trochę później).

Przebudzenie nastąpiło tuż po przerwie, bo wtedy gościom udało się błyskawicznie wyrównać dzięki Mateuszowi Wietesce i Ernestowi Muciemu, a raczej Grzegorzowi Sandomierskiemu, który postanowił przejąć od Adriana Lisa palmę pierwszeństwa w byciu najbardziej nieudolnym bramkarzem kolejki. Legia zaczęła grać zupełnie inaczej, a przede wszystkim tworzyła sytuacje. Były gole ze spalonych, kontrowersje w polu karnym, ale przede wszystkim była zabójcza dla warszawian końcówka. To wtedy właśnie ich katem okazał się Dariusz Kubica. Najpierw był na spalonym, a drugim razem już z czystej pozycji zapewnił zabrzanom zwycięstwo.

Warto jednak pochylić się nad kwestią otoczki meczowej, a ta była niesamowicie podgrzewana przez kibiców obu zespołów. Wymiana uprzejmości, wyzywanie – jak na nasze warunki codzienność. Codziennością natomiast nie są raczej takie pomeczowe wpisy na Twitterze, jakich świadkiem byliśmy po spotkaniu. Wtedy bowiem postanowił przemówić wspomniany Podolski, odgryzając się warszawskim kibicom w sposób co najmniej zdecydowany. Nie wiemy, kto prowadzi social media niemieckiego mistrza świata, ale ten ktoś raczej chciał uczcić po meczu z Legią swój ostatni dzień pracy. Rozumiemy emocje, przywiązanie do klubowych barw, ale odgryzanie się w taki sposób jest po prostu nieeleganckie…. A właśnie tego wymagalibyśmy od takiej persony jak były gracz Arsenalu czy FC Koeln.

Fot. gornikzabrze.pl

Mateusz Włosek