Ekstraklasa pod Włos: O taki powrót ekstraklasy nic nie robiliśmy!

Share on facebook
Share on twitter
cra

Ledwo powróciła nasza ukochana Ekstraklasa po przerwie na kadrę, a tutaj dzieją się już takie wielkie rzeczy. Niektóre drużyny mogły przypomnieć sobie słynną maksymę o „2:0 jako niebezpiecznym wyniku”, nie zabrakło kontrowersji sędziowskiej, która zdominowała dyskusję po hitowym meczu kolejki, a ponadto swoje pierwsze zwycięstwo w sezonie odnotował Górnik Łęczna. Tęskniliśmy za Tobą, najlepsza ligo świata! Zapraszam na cotygodniowy przegląd najciekawszych wydarzeń ligowej kolejki subiektywnym okiem, a może nawet włoskiem!

Pomimo, że bezpośrednio w tej kolejce słynne słowa o niebezpiecznej dwubramkowej przewadze nie dotknęły ich autora, czyli Czesława Michniewicza, to prowadzona przez niego drużyna też była świadkiem rzadko występującej na naszych boiskach sytuacji, o której mógłby nie wiedzieć teraz tylko człowiek, który weekend spędził w jaskini bez Internetu. Ale o tym później, zacznijmy od rzeczy najważniejszej, czyli słynnych comebackach w tej serii gier.

Gdy już myślisz, że wygrałeś

Nie przypominam sobie sytuacji, by w jednej kolejce tyle razy zdarzało się odrabianie przez drużyny strat z pierwszej połowy. A w 7. serii tego sezonu byliśmy świadkami aż 4 takich przypadków. Gdy sąsiad z bloku poszedł do sklepu po kolejne piwka, bo przecież i tak w drugiej połowie nic się nie wydarzy, mógł się srogo zdziwić wracają na ostatni kwadrans. Pierwszy numer wywinęła Cracovia, która przy Kałuży zagrała Górnikowi Zabrze na nosie, pokazując, że hola hola… my tu jeszcze walczymy o punkty. Jest to o tyle nietypowe dla drużyny Michała Probierza, że rzadko widzieliśmy ją podnoszącą się z takich dramatycznych sytuacji.

Tego tweeta spokojnie możemy dać jako przykład wpisów, które ewidentnie źle się zestarzały. Z pewnością odnaleźlibyśmy więcej takich smaczków, ale nie chcemy kompromitować ekspertów. Warto także przypomnieć, w jaki sposób padły bramki dla Pasów. Obydwa gole były bowiem dziełem Mateja Rodina, środkowego obrońcy Cracovii, który spokojnie po tym spotkaniu może być wynoszony w Krakowie na ołtarze. Podobnie jak jeden ze środkowych defensorów grający dzień później przy Reymonta.

Dobrze widzicie, to nie żadne pieprzone deja vu. Wisła poszła drogą Cracovii i także podniosła się po dwóch gongach sprzedanych Wiślakom przez graczy z Gdańska. Jeśli jeszcze raz ktoś powie Wam, że Ekstraklasa jest nudna, puśćcie mu powtórkę niedzielnego spotkania przy Reymonta. Tam było wszystko – dramaturgia, czerwona kartka w końcówce, piękne gole (Ilkay Durmus się zgłasza) oraz przede wszystkim piękna historia napisana przez kapitana Białej Gwiazdy, Michala Frydrycha. Pierwsze dwa gole w naszej lidze i od razu w takim stylu, ratujące punkt niemal w ostatniej akcji meczu. Mam nadzieję, że nie jest wam mało podnoszenia się z kolan, bo zmierzamy do Częstochowy.

Przeciwnicy Kolejorza już pewnie zacierali rączki, widząc wynik jeszcze na początku drugiej połowy meczu. Lech jeszcze w takiej sytuacji od początku sezonu nie był. Odrabianie takiej straty nie było dla podopiecznych Macieja Skorży normalnością. Ale najlepszy kapitan poradzi sobie na statku nawet podczas sztormu. I tak też zrobił były szkoleniowiec Legii, ożywiając grę poznaniaków zmianami.

Błysnął niewidoczny w pierwszych 45 minutach Kamiński, który miał udział przy obydwu bramkach gości. Pod Jasną Górą także nie brakowało zwrotów akcji i ogólnego napięcia. Raków miał przecież gola na nodze Fabio Sturgeona, a Joao Amaral pewnie do dzisiaj budzi się z myślą, jak mógł nie trafić na pustą bramkę. Dodajmy do tego kontrowersje przy golu Sebastiana Musiolika oraz wypełniony po brzegi Stadion na ulicy Limanowskiego i niedzielny hit gotowy. Najlepsza kolejka Ekstraklasy w tym sezonie? Podpisuję się pod tym każdą możliwą częścią ciała.

Łęczna wreszcie zwycięska

Muszę o tym napisać w ostatnim akapicie, bo podopiecznym Kamila Kieresia warto poświecić osobne miejsce w tym tekście. Łęcznianie są też pomostem łączącym nas z poprzednim akapitem, bo są ostatnią ekipą w tej kolejce, która odrobiła straty, ale w jakim to było stylu. Gdy widzisz Górnika Łęczna i 0:2 po prawie godziny gry to wszystko mówi, żebyś przełączył na inny kanał lub porobił coś pożyteczniejszego. Ależ musieli sobie pluć w brodę kibice, którzy obrali właśnie taką taktykę w poniedziałkowy wieczór.

Później zaczął się bowiem show Bartosza Śpiączki, a trzeba powiedzieć, że pomimo utraty dwóch goli przebudowana linia obrony poradziła sobie nie najgorzej, a wyróżnić możemy chociażby asystującego przy pierwszej bramce Macieja Orłowskiego. Śpiączka po pięknym podaniu od Gąski wyrównał stan meczu, a reszta jest już momentem, który może być tym mitycznym „meczem założycielskim” łęcznian.

Młodziutki Marcel Wędrychowski łapiący się za głowę i drużyna świętująca w wielkim uniesieniu z kibicami, piękne obrazki obserwowaliśmy na Lubelszczyźnie. Był to pierwszy komplet punktów beniaminka w tej kampanii, co pozwoliło mu na wydostanie się z ostatniego miejsca w tabeli. Kto, by pomyślał, że na tym etapie sezonu to Termalica będzie jedyną ekipą bez zwycięstwa? Ekstraklasa lubi pisać piękne scenariusze…

Legia i Frankowski – temat wyczerpany

Na koniec wróćmy do tematu, który został przewałkowany przez ten weekend tysiące razy, a zdania w tej materii nie zabrali chyba tylko jeszcze Robert Makłowicz i detektyw Rutkowski. O bramce Śląska przeciwko Legii powiedziano już wszystko i pewnie widzieliście ją miliony razy, więc nie ma co rozwlekać tematu. Prawidłowa decyzja sędziego Frankowskiego i błędne zachowanie sędziego asystenta. Piłkarze mają obowiązek grać do gwizdka i to się nie zmienia. Legioniści jednak o tym zapomnieli i zasugerowali się chorągiewką sędziego Bońka, a zagrywający tę piłkę Muci dodatkowo wprowadził swoich kolegów w błąd, podnosząc rękę do góry.

Cała późniejsza dyskusja w mediach zupełnie mogłaby nawet nie mieć miejsca. „Przegląd Sportowy” piszący o wypaczonym wyniku meczu we Wrocławiu – wstyd, tyle można o tym powiedzieć. Każda decyzja podejmowana względem Legii musi być zawsze racjonalizowana, a ofiarą często pada właśnie sędzia Frankowski, o którym mówi się już jako wręcz „nietykalnym” względem stołecznej drużyny. Wyobrażacie sobie świat równości i sprawiedliwości społecznej, w którym jedna drużyna ewidentnie zawęża sobie grono sędziów mogących prowadzić jej mecze? No nie, tak się nie bawimy.

Mecz się zakończył, wynik został wpisany w protokół, a liga toczy się dalej swoim torem. A ten dla Legii wchodzi na kurs kolizyjny, bo oprócz zaczynającej się przygody z Ligą Europy, podopieczni Czesława Michniewicza okupują strefę spadkową. A w kolejnych miesiącach terminarz będzie coraz bardziej napięty…

Mateusz Włosek

Fot. Cracovia