Ekstraklasa pod Włos #5

Share on facebook
Share on twitter
2021.02.27 Zabrze 
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2020/2021
Gornik Zabrze - Legia Warszawa 
N/z Luquinhas
Foto Tomasz Kudala / PressFocus

2021.02.27 Zabrze 
Football Polish PKO Ekstraklasa season 2020/2021
Gornik Zabrze - Legia Warszawa 
Luquinhas
Credit: Tomasz Kudala / PressFocus

Achhh, co to była za kolejka. W końcu doczekaliśmy się rozwiązania worka z bramkami, ponieważ 19. seria gier przyniosła aż 22 gole! Nie zabrakło nagłych zwrotów akcji, czerwonych kartek, a to wszystko doprawione zostało sędziowskimi pomyłkami. Nieoczekiwanym bohaterem weekendu stał się… centrostrzał, a spotkania trzymały widzów w niepewności do ostatniego gwizdka arbitra, bowiem aż 8 razy piłkarze kierowali piłkę do siatki w ostatnim kwadransie gry. Zapraszam na cotygodniowy przegląd najciekawszych wydarzeń ligowej kolejki subiektywnym okiem, a może nawet włoskiem!

Arena gladiatorów w Zabrzu

Przed sobotnim meczem Górnika z Legią nic nie wskazywało na to, że będziemy świadkami widowiska, jakie w dawnych czasach urządzali starożytni Rzymianie. Sukcesywnie w rolę krwiożerczych lwów, chcących rozszarpać swoją ofiarę, wcielili się obrońcy zabrzan. Celem ataków żądnych krwi defensorów stał się Luquinhas, którego umiejętności dryblerskie widocznie zaskoczyły i do tego stopnia rozsierdziły gospodarzy, że postanowili ciąć Brazylijczyka równo z trawą. Abstrahując od rezultatu całego spotkania, które zakończyło się zwycięstwem warszawian po golach Bartosza Kapustki i Kacpra Kostorza, sędzia Bartosz Frankowski nie panował kompletnie nad atmosferą meczu. Gdybyśmy dalej byli w Koloseum, pomyślałbym, że jest cesarzem Kommodusem, który z radością przypatruje się widowisku i czeka, kto pierwszy zrani ofiarę (props dla tych, którzy doceniają „Gladiatora” Ridleya Scotta).

Źródło: Twitter

Najdziwniejszy jest fakt, iż Górnicy zakończyli ten mecz w komplecie. Erik Janża brutalnie zaatakował Luquinhasa, a po całym fakcie pokazał jeszcze gest „telewizorka” i wszystko wskazuje na to, że „żółtko” otrzymał właśnie za protesty, a nie samo przewinienie

Źródło: Twitter

Drugim bandziorem okazał się Adrian Gryszkiewicz, który już na początku spotkania „przystemplował” Brazyliczyka, lecz pomimo trzech napomnień, z boiska oczywiście nie wyleciał.

Do tej dwójki dołączył Przemysław Wiśniewski, brutalnie kopiąc pomocnika Legii. Dużo było grzeszków defensywy z Zabrza, natomiast zero egzekutywy ze strony pana sędziego Frankowskiego, który na takie polowanie na kości przyzwolił.

Źródło: Twitter

Taka zależność powinna podziałać także w drugą stronę, bo Artem Szebanow ewidentnie wyciął Bartosza Nowaka w sytuacji, gdy ten miał opanowaną piłkę i mógł sprezentować ją Richmondowi Boakye, który miał przed sobą już tylko bramkarza Legionistów.

Jedyna bramka dla gospodarzy padła po tym, jak Artur Jędrzejczyk znowu postanowił odciąć dopływ zdrowego rozsądku i powalił w polu karnym Jesusa Jimeneza, który z zimną krwią wykorzystał „jedenastkę”. O defensywie warszawian od początku tego roku już napisaliśmy trochę gorzkich słów, więc nie będziemy rozwlekać tego tematu po raz kolejny. Szkoda pięknego dnia.

Najlepszym podsumowaniem zapasów i mieszanych konfrontacji sztuk walki na stadionie w Zabrzu jest akcja bramkowa Kacpra Kostorza z 82. minuty. Znakomitą robotę wykonał po raz kolejny Luquinhas, dwaj obrońcy zabrzan z impetem wpadli na siebie, a atak z olimpijskim spokojem wykończył 21-letni Kostorz, dla którego była to debiutancka bramka w Ekstraklasie. Przy okazji młody napastnik wysłał interweniującego wślizgiem Aleksandra Paluszka na hot-doga do stadionowego bufetu (nigdy nie idź na raz!). Defensywa Górnika tym samym doświadczyła przykrości na własnej skórze, w myśl sentencji „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”.

Źródło: Twitter

Przy okazji Legia pozwoliła sobie na puszczenie wodzy fantazji i prośbę do PZPN-u o wyznaczanie innego sędziego (niż Frankowski) na ich mecze. Gdyby każdy klub miał taki przywilej, to zalatywałoby nam „Piłkarskim pokerem” Janusza Zaorskiego, nie sądzicie?

Źródło: Twitter

Stefański, co ma problemy ze wzrokiem

W ostatnich kilku kolejkach nie mieliśmy powodów do narzekania na pracę sędziów, jednak zeszły weekend oprócz sędziego Frankowskiego dostarczył nam kolejnego gagatka, którego decyzja mogła zaważyć na ostatecznym wyniku meczu. Mowa oczywiście o panu Danielu Stefańskim.

Sędzia z Bydgoszczy podjął bardzo kontrowersyjną decyzję, usuwając z placu gry Błażeja Augustyna, którego Patryk Sokołowski po prostu nastrzelił w rękę. Nie było w tej sytuacji żadnej intencjonalności, a ręce obrońcy Dumy Podlasia były ułożone wzdłuż jego tułowia. Augustyn musiałby mieć kończyny górne przyspawane do pleców, żeby uniknąć tej piłki. A może na przeszkodzie stały zbyt długie włosy na rękach obrońcy, które jakimś cudem zatrzymały futbolówkę? (ironicznie wypowiadał się na ten temat Wojciech Kowalczyk w niedzielnej Lidze Minus).

Źródło: Twitter

Rozjemca spotkania sytuację widział z bliska, ale i tak sięgnął do kieszeni po drugi żółty kartonik. Jest w tym zachowaniu pewna irracjonalność. Jeszcze jakiś czas temu sędzia Stefański był głównym „bohaterem” derbów Krakowa, ale w tej sytuacji nie widzę powodu, dla którego miałby zagwizdać w ten sposób. Na trybunach nie było przecież rozwścieczonego Janusza Filipiaka, a gra toczyła się swoim harmonijnym rytmem.

Źródło: Twitter

Sytuacja gospodarzy była przed tym meczem co najmniej trudna, bowiem kilku podstawowych graczy i trener Bogdan Zając musiało opuścić spotkanie z powodów zdrowotnych. Tym bardziej strata podstawowego obrońcy zabolała Jagę, która piłkę z bramki musiała wyciągać dopiero w doliczonym czasie gry, ale temu poświęcę osobny akapit. Klub z Białegostoku odwołał się od decyzji sędziego Stefańskiego do Komisji Ligi, ale Augustyn w następnym meczu z Zagłębiem Lubin i tak nie wystąpi, ponieważ już przed spotkaniem z Piastem miał uzbierane 3 żółte kartki.

Jeśli degrengolada naszych ligowych sędziów będzie postępować tak dynamicznie, to obawiam się, że niedługo mecze będą rozgrywane nie tylko bez kibiców, ale także bez arbitrów…

Kolejka im. Centrostrzału

Ekstraklasa lubi zaskakiwać, a czasem miewam wrażenie, że zaskakuje nawet samych zawodników, którzy odkrywają w sobie umiejętności, o których nie mieli wcześniej pojęcia. 19. kolejka naszych rozgrywek upłynęła pod znakiem niekonwencjonalnych akcji Tiago Alvesa i Rafała Boguskiego, dzięki którym drużyny tych piłkarskich magików zdobyły pełną pulę punktów.

Rozpocznijmy od meczu Jagielloni z Piastem (0:1), który był niesamowitą szansą dla gości, z powodu wielu absencji w zespole z Podlasia, który prowadził w tym spotkaniu asystent Bogdana Zająca, Rafał Grzyb. Pomimo tego, Jaga miała swoje szanse m.in. po strzale Fiodora Cernycha, którego zatrzymał Frantisek Plach. Później jednak nastąpiło wspomniane wcześniej wyrzucenie z boiska Błażeja Augustyna i Piast zaczął się rozkręcać. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego w poprzeczkę uderzył Jakub Czerwiński, a kilka minut później znakomitą okazję miał Michał Chrapek, który w fatalny sposób posłał piłkę nad bramką.

Na linii dwoił się i troił Xavier Dziekoński, jednak nawet świetna obrona strzału głową Gerarda Badii nie uchroniła Dumy Podlasia przed tym, co miało nadejść w trzeciej minucie doliczonego czasu.

Źródło: Twitter

Wprowadzony na murawę w samej końcówce Tiago Alves popisał się niebywałym sprytem i precyzją (może jeszcze z nutką szczęścia). Ruszył lewym skrzydłem i podjął próbę dośrodkowania spod narożnika boiska. Co z tego wyszło, widzieli wszyscy. Piłka wpadła za kołnierz zdezorientowanego Dziekońskiego, a goście mogli cieszyć się z ostatecznego triumfu w Białymstoku.

Źródło: Twitter

Tym pięknym centrostrzałem Portugalczyk zapewnił swojej ekipie trzy punkty. Ciekaw jestem dalszej historii Alvesa, który dotychczas funkcjonował jako etatowy zmiennik, a w podstawowym składzie wyszedł zaledwie trzy razy. Oczywiście, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale pracujący w ciszy i spokoju zawodnik z Półwyspu Iberyjskiego być może zacznie dostawać więcej szans na regularne granie od Waldemara Fornalika.

Jeszcze piękniejsza jest historia z meczu dwóch wisełek. W Płocku Białej Gwieździe nie układało się przez długi czas, ale wtedy na murawę wkroczył ON, czyli Rafał Boguski. Nafciarze prowadzili po golu Damiana Rasaka, który wykończył siódmą już asystę Mateusza Szwocha w tym sezonie. Wydawało się, że będzie to bramka rozstrzygająca, jednak jak się później okazało, była tylko trafieniem honorowym.

Najważniejszy dla gości czas miał miejsce między 82. i 85. minutą meczu. Wspomniany Boguski zanotował swojego pierwszego od 857 dni gola, dając Białej Gwieździe wyrównanie. Podobnie jak Alves, Polak chciał dośrodkować, natomiast wyszedł z tego precyzyjny strzał, a nie najlepiej zachował się Krzysztof Kamiński, który nawet nie drgnął do lecącej nad nim piłki.

Źródło: Twitter

Po chwili goście rozgrywali rzut rożny. Futbolówkę strącił Michal Frydrych, a do siatki wpakował ją debiutujący Uros Radaković, który niestety po tej akcji stracił przytomność i opuścił murawę. W siódmej minucie doliczonego czasu gry gwoździa do trumny wbił jeszcze raz Boguski, udowadniając swoją wartość. W krakowskiej Wiśle polski napastnik gra od 15 lat, a obydwa trafienia były dla niego odpowiednio numerem 60 i 61 w Ekstraklasie. Z tej okazji oficjalny profil rozgrywek przygotował urzekającą i łapiącą za serce grafikę.

Źródło: Twitter

Rafał Boguski może być asem w rękawie Petera Hyballi i jeśli nie była to tylko chwilowa zwyżka formy, drużyna z Krakowa będzie miała nie lada pożytek z 36-latka. Wisła przedłużyła swoją passę meczów ze strzelonym golem do dziesięciu spotkań, a bohater meczu stał się najstarszym od niemal dziewięciu lat autorem dubletu w naszej lidze.

Źródło: Twitter

Dla uzupełnienia dodajemy nasze redakcyjne jedenastki debeściaków i dziadów 19. kolejki:

Źródło: Twitter

Mateusz Włosek