Dziewięć historii o Europie, czyli o prowadzeniu kariery słów kilka

Share on facebook
Share on twitter
01.05.2021 Warszawa
Pilka nozna
PKO Ekstraklasa 2020/2021
Legia Warszawa - Wisla Krakow
N/z Bartosz Kapustka
Foto Adam Starszynski / PressFocus

01.05.2021 Warsaw
Football
PKO Ekstraklasa 2020/2021, polish top division
Legia Warszawa - Wisla Krakow
Bartosz Kapustka
Credit Adam Starszynski / PressFocus

Istnieje spora szansa, że ludzie, którzy nie interesują się piłką nożną usłyszeli ostatnio nazwisko Kacpra Kozłowskiego. Młody talent, odchodzący za duże pieniądze do dużej europejskiej ligi. Ten scenariusz jest nam znany, nawet jeśli skala talentu „Koziołka” nie jest do końca określona. Nie on pierwszy i nie ostatni (oby) odchodzi szybko i za kwotę miliona euro lub więcej. Takich przykładów, czyli polskich zawodników, sprzedanych za „bańkę”/lub więcej euro, przed dwudziestymi urodzinami było dziewięć*. Jednym szło lepiej, innym gorzej. Tak dla poszerzenia kontekstu transferu Kozłowskiego, może trochę ku przestrodze, przedstawiamy wam ich sylwetki.

*Kwoty transferowe za portalem transfermark.pl. Kolejność zawodników, od najniższej sumy odstępnego.

Krystian Bielik, 17 lat, Legia Warszawa – Arsenal (2015), 2,25 mln

Zanim Bielik tak naprawdę zaczął na poważnie grać w piłkę, wzbudzał kontrowersje. Najpierw podpisanie umowy menadżerskiej z Cezarym Kucharskim, wbrew zasadom panującym w akademii Lecha Poznań, a następnie transfer z Kolejorza do Legii Warszawa. Trzeba przyznać, że znamy nieco bardziej bezpieczne wejścia do seniorskiego futbolu. Bielik w piłkarskiej Polsce znany był jeszcze zanim zagrał jakiekolwiek minuty w Ekstraklasie. Swoją drogą, długo w niej nie zabawił, gdyż niespełna pół roku po debiucie wyjechał do Arsenalu. Londyński klub, jak inne wielkie angielskie marki, znany był (i nadal jest) ze skupowania młodych talentów, które mają się pod ich okiem rozwijać.

Ciężko jest jednoznacznie z perspektywy czasu ocenić transfer „Bielona”. Z jednej strony, o czym zresztą wspomniał sam piłkarz, nigdy nie dostał w Arsenalu prawdziwej szansy. Pokazywał się na wypożyczeniach lub meczach towarzyskich (bo ciężko nazwać dwa epizody w Lucharze Ligi szansą). Z drugiej jednak, nie wiadomo, jak potoczyłaby się kariera Bielika, gdyby dłużej został w polskiej lidze. Ocenę zaburzają także kontuzje, które przytrafiały się piłkarzowi. Uraz barku w 2017 roku zaprzepaścił szansę na odejście z Kanonierów. W krótkim czasie dwukrotnie zerwał więzadła krzyżowe, i to w momentach, kiedy ewidentnie był na fali wznoszącej w Derby County występującym w Championship. Niektórzy polscy i angielscy eksperci mówili nawet, że gdyby nie urazy, dawno już wróciłby na poziom Premier League. Tak się jednak nie stało.

Transfer Bielika pokazuje, że odejście w młodym wieku do wielkiego klubu wcale nie musi oznaczać najlepszej z możliwych decyzji. Wielka marka kusi, daje szanse na rozwój, ale zdecydowanie ciężej w takim klubie zaliczać minuty. Obecnie pomocnik ma już 24 lata, okres bycia młodym i zdolnym dawno za nim, a ciężko nie odnieść wrażenia, że niektórzy dalej myślą, że ma tych wiosen na karku najwyżej 20. Nie pokusimy się o stwierdzenie, że jest to przegrana kariera, bo raz – mimo wszystko wiele przed nim, dwa – kontuzje wyjęły wiele z jego piłkarskiego życia, a trzy – potrafił wykorzystywać szanse, które dostawał. To właśnie w nim większość widzi następcę Grzegorza Krychowiaka w polskiej kadrze. Szkoda, że poważny uraz wykluczył go z wyjazdu na EURO 2020.

Paweł Dawidowicz, 18 lat, Lechia Gdańsk – Benfica (2014), 2,5 mln

Mateusz Borek mówił o nim „Polski Hummels”. Tomasz Hajto „drewno, jakiego dawno nie widział”. Dwie jakże skrajne opinie polskich ekspertów na temat jednego piłkarza.

Odchodził z Lechii Gdańsk z łatką bardzo utalentowanego piłkarza, po naprawdę dobrym sezonie w jego wykonaniu. Benfica nie była jedynym klubem zainteresowanym usługami Dawidowicza. Na jednym z meczów Lechii Gdańsk pojawił się nawet Michael Zorc, ówczesny dyrektor sportowy Borussii Dortmund. Ostatecznie defensywny pomocnik trafił na półwysep Iberyjski i…cóż, ciężko nazwać przygodę Dawidowicza w Lizbonie udaną.

Niemal od pierwszego treningu, z wewnątrz klubu, dochodziły informacje o tym, że Polak nie jest kompletnie przygotowany do gry na poziomie Benfiki. Największym deficytem okazały się braki techniczne. W grę ponoć wchodziło wypożyczenie, ostatecznie jednak Dawidowicza przesunięto do drużyny rezerw, gdzie miał się spokojnie rozwijać. Po dwóch latach, defensywny pomocnik wpadł w wir kolejnych wypożyczeń, zaliczając kolejno trzy drugoligowe kluby. Najpierw trafił do niemieckiego Vfl Bochum, a później do włoskich Palermo i Hellasu Werona. Ten drugi klub zdecydował się na opcję wypożyczenia z obowiązkiem pierwokupu.

W drużynie z Werony Dawidowicz gra do dziś, już na poziomie włoskiej Serie A. Warto zaznaczyć, że obecnie jest przypisywany do pozycji środkowego obrońcy, mimo że z Lechii wyjeżdżał jako defensywny pomocnik. Transfer do Benfiki należy uznać za nieudany. Oczywiście, jego casus jest dość podobny do Bielika, jednak trzeba pamiętać, że wyjeżdżał z Polski po rozegraniu pełnego sezonu w wieku 19 lat. W jego sytuacji można było zdecydować się na odejście do zespołu, w którym od razu dostałby szansę gry w pierwszej drużynie.

Przypadek Dawidowicza jest o tyle wyjątkowy, że mimo dość pesymistycznych sygnałów płynących z Portugalii, ciągle mówiło się, że wreszcie odpali. Adam Nawałka włączył go nawet do szerokiej kadry zawodników przed EURO 2016. Gdy wydawało się, że piłkarz lada dzień podzieli losy Tomasza Kupisza i będzie przekazywany od jednego do drugiego włoskiego klubu, niespodziewanie trafił na formę życia, czego owocem było powołanie przez siwego bajeranta Paulo Sousę. Przez moment nawet stał się podstawowym obrońcą reprezentacji. Niestety, niedawno przytrafiła mu się poważna kontuzja, która może pokrzyżować rozwój jego kariery, a warto pamiętać, że w tym roku Dawidowicz będzie obchodził swoje 27. urodziny.

Bartłomiej Drągowski, 18 lat, Jagiellonia Białystok – Fiorentina (2016), 2,5 mln

Z Jagiellonii wyjeżdżał jako jeden z najbardziej utalentowanych polskich bramkarzy w historii. W Ekstraklasie zadebiutował, mając zaledwie 16 lat, na dobre „jedynką” białostockiego klubu został tuż po siedemnastych urodzinach.

Początki we włoskim futbolu miał naprawdę ciężkie. Dość powiedzieć, że regularnie w Serie A zaczął bronić dopiero 2,5 roku po odejściu z „Jagi”, i to na wypożyczeniu w Empoli. W pewnym momencie w hierarchii bramkarzy w drużynie z Florencji spadł na trzecie, a może nawet czwarte miejsce. Oliwy do ognia dodał sam Drągowski, mówiąc w jednym z wywiadów, że miejsce do gry przed nim ma chyba nawet sprzątaczka. Żart może i zabawny, ale musiał się z niego grubo tłumaczyć. Można oczywiście „Drążka” bronić młodym wiekiem i tym, że rzadko zdarza się, żeby niedoświadczeni bramkarze strzegli bramek w wielkich ligach. Niestety, ten argument musi zostać w tej sytuacji zbity, gdyż w pewnym momencie rywalizację przegrywał ze swoim rówieśnikiem z Francji Albanem Lafontem.

Po okresie oczekiwania na ławce, wypożyczono go do wyżej wymienionego Empoli, gdzie z miejsca stał się jedną z największych gwiazd zespołu walczącego o utrzymanie. Cel został jednak przegrany w ostatniej kolejce. Drągowski jednak był wygranym sezonu 18/19. Powrót do Fiorentiny okazał się niepewny, dlatego, że zainteresowanie transferem zaczęły wykazywać inne drużyny z włoskiej ligi. Ostatecznie do klubu z Florencji wrócił i wreszcie stał się w nim pierwszym bramkarzem.

O byłym piłkarzu Jagiellonii bardzo często mówi się przez pryzmat ciężkiego charakteru. Wywiad nie jest jedynym jego wybrykiem. Odmówił chociażby wyjazdu na młodzieżowe Euro, wiedząc, że nie będzie na nich pierwszym bramkarzem. Oficjalnie leczył uraz, niesmak jednak pozostał. Po decyzji o zakończeniu kariery reprezentacyjnej przez Łukasza Fabiańskiego, przez moment stał się etatowym trzecim bramkarzem kadry.

Podobnie jednak jak w przypadku Dawidowicza, kontuzja na jakiś czas zatrzymała karierę Drągowskiego. Trzeba jednak przyznać, że mimo długiego czasu oczekiwania, wreszcie otrzymał swoją szansę w Fiorentinie i naprawdę ją wykorzystał. Pierwszy transfer w naszych dzisiejszych wspominkach, który można z perspektywy czasu uznać za udany, głównie przez wzgląd na zaskakującą cierpliwość bramkarza do swojego pracodawcy.

Arkadiusz Milik, 18 lat, Górnik Zabrze – Bayer Leverkusen (2013), 2,6 mln

Kto pamięta nieudaną przygodę Milika w Bundeslidze podnosi w tym momencie rękę do góry. Stare to były dzieje, patrząc przez pryzmat tego, jak wysoko zaszedł swego czasu wychowanek Rozwoju Katowice. Z Górnika Zabrze wyjeżdżał jako jeden z najbardziej utalentowanych napastników młodego pokolenia w Europie. W Bundeslidze, przez dwa sezony, rozegrał zaledwie 24 mecze, w których strzelił tylko dwa gole, i to grając w dwóch zespołach.

O ile można było się spodziewać, że może być ciężko o regularny pierwszy skład w Bayerze Leverkusen, o tyle wypożyczenie do Augsburga było bardzo rozczarowujące. Milik wprawdzie dostawał swoje szanse, jednak kompletnie ich nie wykorzystywał. Przez moment mówiło się nawet o tym, że wróci do polskiej ligi szybciej niż z niej wyjechał. I wtedy dość niespodziewanie, przez wzgląd właśnie na jego grę w niemieckiej lidze, po zawodnika zgłosił się Ajax, który na dobre odbudował byłego gracza Górnika Zabrze, i zrobił z niego gwiazdę polskiej reprezentacji oraz sprzedał do włoskiego Napoli za ponad 30 mln euro.

W późniejszym etapie kariery Arkadiusz Milik przeżywał sporo perypetii. W krótkim odstępie czasu dwukrotnie zerwał więzadło w kolanie. Na Mistrzostwa Świata w Rosji pojechał kompletnie nieprzygotowany i przez wielu ekspertów był uznawany za jednego z najsłabszych naszych zawodników na tym turnieju. Później za przedłużające się negocjacje kontraktowe z Napoli i chęć odejścia do Juventusu, decyzją prezesa drużyny z Neapolu został odsunięty od możliwości gry w pierwszym zespole, przez co zmarnował pół sezonu. Wracając jednak do sprawy przejścia do Bayeru – trzeba transfer ocenić jako nieudany, choć dalsze losy Milika potoczyły się nad wyraz dobrze, gdyż niewielu w niego wierzyło, gdy odbijał się od Bundesligi. Późniejszą karierę blokowały kontuzję i w dalszym ciągu nie wrócił do formy z 2016 roku, a szkoda…

Sebastian Walukiewicz, 18 lat, Pogoń Szczecin – Cagliari Calcio (2019), 4 mln

Piekielnie utalentowany środkowy obrońca. Piłkarz nowej generacji, dla którego problemu nie stanowi wyprowadzenie piłki. Nie mając jeszcze 20 lat, otrzymywał swoje szanse w drużynie włoskiego średniaka, by ostatecznie po przerwie związanej z pandemią przebić się do pierwszej jedenastki. Pojawiło się nawet powołanie do dorosłej reprezentacji, i to jeszcze za czasów, gdy selekcjonerem był Jerzy Brzęczek. W nim upatrywano następcę Kamila Glika. Wszystko szło dobrze, aż w końcu, bez jakiejś spektakularnej przyczyny, upadło.

W pewnym momencie cały zespół Cagliari wpadł w dołek, a masowo przegrywane mecze musiały się prędzej czy później odbić na personaliach. Wydawało się, że Walukiewicz nie jest głównym winowajcą słabej postawy defensywy, jednak to właśnie on pożegnał się na dobre z grą. Gdy w 23. kolejce sezonu 20/21 zasiadł na ławce rezerwowych, podniósł się z niej dopiero w pierwszej serii gier kolejnych rozgrywek. Zaczął grać i przytrafiła mu się kontuzja, przez którą pauzuje do tej pory. Spory hamulec w rozwoju, a patrząc na to, jak fatalnie spisuje się drużyna z Sardynii, wydaje się, że Walukiewicz za niedługo może zmienić klub.

Problem w tym, że może nie być na niego chętnych. Na początku przygody w Serie A naprawdę zachwycał i sidła na niego zaczęły zarzucać większe od Cagliari marki. Niestety, od pewnego czasu nie miał jak pokazywać regularnie swoich umiejętności. Jeden z bardziej niespodziewanych zjazdów ostatnich lat w polskiej piłce, i o tyle dziwny, że tak szybko jak wywalczył sobie miejsce w zespole, który grał na poziomie włoskiej ekstraklasy, tak też szybko je stracił.

Czy można ten transfer uznać za jednoznacznie nieudany? Nie, gdyż Walukiewicz swoje minuty dostał, przed kontuzją wydawało się, że wrócił do łask trenera, więc chyba nie warto go jeszcze skreślać, choć tak jak wspominane było wcześniej, dobrą opcją byłoby rozejrzenie się za innym otoczeniem.

Dawid Janczyk, 19 lat, Legia Warszawa – CSKA Moskwa (2007), 4,20 mln

Historia Dawida Janczyka jest jedną z najbardziej przykrych w ostatnich latach w polskim futbolu. Można by tu polecieć klasykiem i zacytować „miałeś złoty róg”, jednak to chyba zbyt spłyciłoby temat.

Wiele mrocznych wątków przewija się w tej historii. Od włodarzy Legii, dla których liczył się tylko zysk transferowy, poprzez nie najlepiej dobranych menadżerów, na problemach alkoholowo-psychologicznych kończąc. Łatka wielkiego talentu przylgnęła do Janczyka po młodzieżowym mundialu w Kanadzie, na którym zdobył trzy bramki. W samej Legii nie strzelał wielu goli. Mimo tego, widać było w nim ogromny talent i potencjał. Potencjał, który przez problemy nigdy nie został w pełni wykorzystany. Jest to jednak temat na znacznie dłuższą opowieść, która przedstawiona została już nie raz, a i tak pewnie będzie wracać.

Bartosz Kapustka, 19 lat, Cracovia – Leicester City (2016), 5 mln

EURO 2016, brak Grosickiego w pierwszym meczu przeciwko Irlandii Północnej, na skrzydle w wyjściowym składzie wychodzi młody Bartosz Kapustka i prezentuje bardzo dojrzały futbol. Eksperci z całego piłkarskiego świata wysyłają pod adresem młodego piłkarza pochwałę za pochwałą. Na fali tego spotkania, choć na pewno nie tylko tego, w kontekście „Kapiego” zaczęły pojawiać się plotki transferowe, łączące go chyba z każdym liczącym się miejscem na futbolowej mapie Europy.

Menadżerowie podpowiadają angielski kierunek i sensacyjnego mistrza w postaci Leicester City, gdzie w adaptacji miał mu dodatkowo pomóc Marcin Wasilewski. Wielu ekspertów odradzało Kapustce transfer do Anglii, ostatecznie jednak do ekipy „Lisów” trafił. I niestety, była to przygoda totalnie nieudana.

Pomocnik do drużyny z Premier League przyjechał nieprzygotowany, głównie pod względem fizycznym. Cały sezon przesiedział na ławce, trybunach lub gabinetach lekarskich, grając jedynie w rezerwach i Pucharze Anglii. Po niemal roku bez gry trafił na wypożyczenie do niemieckiego Freiburga, gdzie był bardzo mocno krytykowany przez trenera, dodatkowo złapał kontuzję, przez którą musiał pauzować, w związku z czym jego bilans w Bundeslidze zatrzymał się na siedmiu meczach. Do Leicester jednak nie wrócił, gdyż niemal od razu został wypożyczony do drugiej ligi belgijskiej do OH Leuven, i lekko mówiąc, nie pozamiatał tej ligi.

Dużym plusem było to, że wreszcie zaczął regularnie pojawiać się na boisku. Po belgijskiej przygodzie usługami Kapustki zainteresowany był Śląsk Wrocław, jednak Legia Warszawa przedstawiła zawodnikowi lepsze warunki. Po powrocie do Polski odbudował się, jego nazwisko znów zaczęło się pojawiać na liście potencjalnych kandydatów do gry w reprezentacji. Wydawało się, że wszystko wraca na odpowiednie tory, ale w eliminacjach Ligi Mistrzów, tuż po strzelonym golu, w momencie wykonywania cieszynki uszkodził więzadła w kolanie, przez co stracił całą rundę jesienną.

Przypadek Kapustki jest niemal sztandarowym przykładem źle poprowadzonej kariery, pokazującym, że czasem nie warto porywać się z motyką na słońce. Zmarnowany talent, który wciąż jeszcze może wiele pokazać, jednak najlepszego wieku dla rozwoju piłkarskiego już nikt mu nigdy nie zwróci.

Bartosz Białek, 18 lat, Zagłębie Lubin – Wolfsburg (2020), 5 mln

Białek szturmem wziął polską Ekstraklasę, pokazując brak jakichkolwiek kompleksów. Zdarzało mu się bez momentu zawahania przestawiać doświadczonych obrońców. W dziewiętnastu ekstraklasowych występach aż dziewięciokrotnie trafiał do siatki. Znakomite pół rundy wystarczyło, by odejść do niemieckiej Bundesligi, w której, korzystając głównie z przepisu pozwalającego na dokonanie pięciu zmian, dostawał swoje minuty. Bardzo mądrze do zespołu wprowadzał go ówczesny trener Wolsburga Olivier Glasner, dając młodemu piłkarzowi najpierw pojedyncze minuty, które później przeradzały się w kilkanaście, aż do dostania szansy gry nawet w wyjściowym składzie.

Łącznie, jak dotąd, zebrał w najwyższej niemieckiej klasie rozgrywkowej 252 minuty, w trakcie których strzelił dwa gole. Nie jest to może zabójczy bilans, widać jednak po nim wielką wiarę w Białka. Niestety, w kwietniu, w trakcie jednego z treningów zerwał więzadła krzyżowe i aktualnie wraca do treningów.

Młody napastnik ma potencjał na ogromną karierę, mamy nadzieję, że kontuzja nie przeszkodzi mu w dalszym rozwoju i po prostu wróci silniejszy.

Michał Karbownik, 19 lat, Legia Warszawa – Brighton&Albion (2020), 5,5 mln

Boczny obrońca czy środkowy pomocnik? Jak boczny to lewy czy prawy? Jak środkowy to bardziej defensywny czy rozgrywający? Na te pytania wielu z nas z pewnością nie zna jeszcze odpowiedzi, mimo że Karbownik już od kilku sezonów gości na boiskach, zaliczając po drodze nawet debiut w reprezentacji Polski.

W Legii mówiono, że to właśnie on będzie pierwszym Polakiem sprzedanym z ligi za ponad 10 mln euro. Wejście do Ekstraklasy miał naprawdę mocne. Nawet mimo tego, że jego menadżer – Mariusz Piekarski – upierał się, mówiąc, że bok obrony to jeszcze nic i naprawdę Karbownik zachwyci dopiero, gdy zagra w środku pola. Dobra gra przyciągnęła zainteresowanie Barcelony, Atletico, Betisu czy Liverpoolu. W pewnym momencie polskie media prześcigały się w wymienianiu marek, które chcą mieć młodego piłkarza w swoich szeregach. Kwoty padały zawrotne, ostatecznie skończyło się na „tylko” 5,5 mln euro. „Tylko”, ponieważ Jakub Moder, który z Brighton podpisał kontrakt w tym samym czasie, odchodził tam za ponad 10 mln. „Karbo”, w przeciwieństwie do rodaka, w Premier League jeszcze nie zadebiutował. Wysłany został nawet na wypożyczenie do greckiego Olympiakosu, gdzie po udanym początku, został zawodnikiem rezerwowym. Jego sytuacja w zespole Brighton była o tyle specyficzna, że na pozycji, którą mógłby zająć Karbownik, grał właśnie Moder. Do debiutu miało podobno jednak dojść w meczu ostatniej kolejki przeciwko Arsenalowi, ale stracona bramka zmieniła plany Grahama Pottera.

Aktualna sytuacja Karbownika jest naprawdę ciężka i niestety coraz mocniej zaczyna przypominać ścieżkę chociażby Bartosza Kapustki. Jasne, były zawodnik Legii wciąż jest młody, w każdej chwili może wrócić na odpowiednie tory, ale czas niestety mu ucieka, i jeśli nic się nie zmieni, może okazać się jednym z bardziej przeszacowanych talentów polskiej piłki ostatnich lat.

Podsumowanie

Historia pokazuje, że większość transferów była raczej nieudana, choć w niektórych przypadkach, jak Drągowski, Dawidowicz czy Milik, stracony czas udało się odzyskać. Przerażający może być również fakt, jak często tym zawodnikom przytrafiały się mniejsze lub większe urazy. Oczywiście, sport wyczynowy jest powiązany z kontuzjami, jednak reguła zdaje się być tu nadto widoczna. Jest to chyba jednak temat na inny, spory artykuł, jak nie nawet pracę magisterską z dziedzin fizjoterapii, prewencji urazowej lub rozwoju młodych piłkarzy w Polsce. Wiadomo, każdy piłkarz pisze swoją historię i Kozłowski wcale nie musi podzielać losów chociażby Kapustki czy Karbownika (co jest mu wieszczone).

Nasze rady? Sumienna praca i baczna obserwacja tego, co dzieje się wokół. Jeśli nie będzie jasnych przesłanek do gry, trzeba się będzie z Brigton po prostu ewakuować w miejsce, gdzie tych szans będzie więcej. Tak czy inaczej, życzymy powodzenia!

Michał Piwowarczyk