Drugi w tym roku odlot Żurawia

2021.03.07 Szczecin
Pilka nozna Ekstraklasa sezon 2020/2021
Pogon Szczecin - Lech Poznan
N/z Dariusz Zuraw
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus

2021.03.07 Szczecin
Football Polish Ekstraklasa season 2020/2021
Pogon Szczecin - Lech Poznan
Credit: Pawel Jaskolka / PressFocus

Przed ostatnią kolejką Ekstraklasy drugi raz w tym roku kalendarzowym Dariusz Żuraw został bez pracy. W kwietniu podziękowanu szkoleniowcowi w Lechu Poznań, czwartek przyniósł zwolnienie z Zagłębia Lubin. Czarę goryczy przelała dotkliwa porażka z Legią Warszawa 0:4. Czy ta decyzja jest uzasadniona? Czy dało się coś zrobić lepiej? Co dalej z 49-letnim szkoleniowcem?

W ostatnich latach klub z Lubina coraz częściej szokuje swoimi decyzjami, które sprowadziły go z pozycji klubu walczącego o europejskie puchary do miana średniej drużyny. Zarówno w kontekście pozycji w tabeli, jak i ogólnego zaciekawienia fanów polskiej piłki. Choć do Zagłębia z Żurawiem na ławce zdążyliśmy się przyzwyczaić, to mówimy o nieczęstej sytuacji, w której trener został pożegnany, mimo iż nie przepracował z zespołem ani jednego okresu przygotowawczego. Po zakończeniu sezonu 2020/21  Zagłebie przestał trenować Martin Sevela, a przez całą przerwę między sezonami – czas tak kluczowy i pożądany  przez trenerów chcących zaznaczyć swoje piętno na zespole klub spędził pod wodzą Pawła Karmelity – etatowego asystenta trenerów „Miedziowych”. Pochodzący z Wielunia Żuraw objął drużynę 10 dni przed startem rozgrywek Ekstraklasy. Próżno było więc oczekiwać cudów.

Moment był

Pod wodzą jednokrotnego reprezentanta Polski lubinianie mieli dobry moment. Po 9. kolejce i ograniu Warty Poznań na wyjeździe zajmowali piąte miejsce ze stratą 3 punktów do liderującego Lecha, mając jedno zaległe spotkanie. Wcześniej w pokonanym polu zostawili między innymi aspirującą do mistrzostwa Pogoń Szczecin czy Piasta Gliwice. Wirtualnie mogli się równać z liderem.

Zaległe spotkanie piątej kolejki rozegrane w ostatnią środę pogrzebało Żurawia. W innych okolicznościach, przegrana z Legią w Warszawie, nawet wysoka, to nie wstyd. Obecny sezon to olbrzymie problemy „Wojskowych” i multum kompromitacji na wszystkich polach, do których w ostatnich dniach doszła kolejna – pobicie piłkarzy, w związku z którym w składzie na mecz zabrakło Luquinhasa i Emrelego, a nastroje przy Łazienkowskiej były co najmniej napięte. Mimo takich zawirowań, Legia odniosła najwyższe zwycięstwo ligowe od… poprzedniej potyczki z Zagłębiem, w marcu tego roku, gdy wszystkie cztery gole strzelił Pekhart, ustalając wynik na 4-0.

„Jak mam bronić, kiedy ich jest więcej?”

Od wspomnianego meczu z Wartą bilans Zagłębia to jedno zwycięstwo w lidze, dwa remisy i siedem porażek. Do tego dochodzi pokonanie ŁKS-u Łódź i odpadnięcie z mocno osłabioną Arką Gdynia w Pucharze Polski. Bilans ogólnie rzecz biorąc mizerny. Do tego dochodzi bardzo rozczarowująca różnica bramkowa, która wynosi – 15, za którą odpowiada w dużej mierze blok defensywny Zagłębia, o którym zaraz więcej, bo to temat na grecką tragedię – dla fanów Zagłębia, lub komedię – dla ich przeciwników. Nie bez winy jest tu jednak szkoleniowiec. Drużyna pod wodzą Żurawia traciła gole na potęgę.

Podczas pięciu miesięcy pracy aż siedem razy Dominik Hładun (ani na minutę nie opuścił pola gry) musiał wyciągać piłkę trzykrotnie lub więcej w czasie jednego spotkania. Z tak niekorzystną statystyką „bronią” jedynie gracze Górnika Łęczna, którzy jednak pod wodzą Kamilia Kieresia zdecydowanie się poprawili względem początku sezonu, a trzy bramki stracili ostatnio pod koniec października. Co więcej, jeśli w nadchodzącej kolejce Zagłębie przegra w Łęcznej co najmniej dwoma bramkami, to na 99.9% na całą zimę zostanie najgorszą defensywą w lidze. Z drugiej strony, nie można oczekiwać cudów po drużynie, która z takim zacięciem i upartością sprowadza wątpliwej jakości środkowych obrońców. Soler, Pantić, Simić to nazwiska przyprawiające o ból zęba fanów Zagłębia. Ostatnio nawet solidny zazwyczaj Balić skompromitował się policzkując rywala po wbiegnięciu na murawę z ławki rezerwowych. O defensywie  lubinian pisaliśmy szerzej tu (https://polskapilka.pl/raz-dwa-trzy-nowym-obronca-zaglebia-zostajesz-ty/). Dodatkowo, groteskowe jest to, że zarówno trener Żuraw, jak i dyrektor sportowy Lubomir Guldan to byli stoperzy, prezentujący się w czasie kariery na stosunkowo wysokim poziomie.

„Na władzę, nie poradzę”

Zagłębiu w kwestiach sportowych nie pomaga też zarząd klubu. Od kilku sezonów nie obowiązuje przepis ograniczający liczbę obcokrajowców zamieniony na obowiązek posiadania młodzieżowca. Władze Zagłębia posunęły się o krok dalej. Renoma lubińskiej Akademii jest spora jak na warunki Ekstraklasy, a władze z pewnością nie chcą by jej znaczenie malało. Zapisany w kontakcie trenera pierwszej drużyny wymóg posiadania czterech zawodników w wieku maksymalnie 24 lat to absurd. Jest to promowanie zawodników spełniających określone cechy statystyczne ponad innych potencjalnie lepszych piłkarsko. Jeśli założymy, że szkielet Zagłębia to: Hładun, co najmniej jeden zagraniczny obrońca, Żubrowski, Starzyński i Daniel to miejsca na wypełnienie zapisów kontraktowych nie ma zbyt wiele. Także dlatego, Szysz (ur. 1998), Chodyna (ur. 1999) i Poręba (ur. 2000) mają poza bramkarzem najwięcej rozegranych minut w tym sezonie. Oczywiście, to są dobrzy piłkarze, jednak ingerowanie w skład klubu przez prezesa, nawet w pośredni sposób, źle wpływa na rywalizację, a promocję klubowej młodzieży można przypłacić walką o ligowy byt. Istotne jest też to, by nie wypuścić z klubu utalentowanego gracza, tak jak było z Kamilem Piątkowskim, któremu w Zagłębiu podziękowano. Wziął go Raków, zrobił czołowym stoperem ligi i sprzedał za 5 mln € do Salzburga.

Potencjał? Jest!

Jednak nawet mimo dziwnych wymogów zarządu klubu i nieudolności stoperów, drużyna z czołowymi w skali ligi Zivcem, Starzyńskim czy Szyszem obudowana solidnymi Chodyną, Hładunem, Danielem,  Bashkirovem czy Porębą mogłaby walczyć o coś więcej, a na pewno nie drżeć o ligowy byt. Dodatkowo, klubowa akademia to nie tylko puste słowa. Zdolnej młodzieży w Lubinie nie brakuje. Debiut mają już urodzeni w 2004 Pieńko i Kusztal czy nawet rok młodszy Sławiński. Niestety, pod wodzą trenera Żurawia ekipa raczej się nie rozwijała, a zachowując analogię – wręcz zwijała. Przed ostatnim meczem w tym roku Zagłębie ma tylko 5 punktów przewagi nad strefą spadkową. Prawdopodobny jest scenariusz, w którym „Miedziowi” przezimują ze skromnym marginesem dwóch „oczek” nad szesnastym miejscem. Zagłębie wybiera się do Łęcznej, gdzie Górnik gra ostatnio coraz lepiej i mało kogo zdziwi piąta z rzędu wyjazdowa porażka „Miedziowych”. Nadziei fanom Zagłębia dodaje awizowany przez Sebastiana Staszewskiego powrót Piotra Stokowca od stycznia 2022 roku po ponad czterech latach rozłąki. Pod wodzą 49-letniego szkoleniowca  Zagłębie wygrało I ligę, a jako beniaminek Ekstraklasy zajęło 3. miejsce i zagrało w eliminacjach Ligi Europy, eliminując m.in. Partizana Belgrad i pozostawiając po sobie dobre wrażenie.

Co dalej z Żurawiem?

Mariusz Lewandowski debiutujący w roli trenera, Ben van Dael organizujący zimowy obóz przygotowawczy w Holandii 40km od swojego domu rodzinnego, Pavel Hapal zaczynający od sześciu porażek w pierwszych ośmiu meczach. Oni wszyscy i wielu innych osiągali wyższą średnią punktów na mecz niż Żuraw. 1,11 pkt/mecz w wykonaniu byłego obrońcy to naprawdę kiepski wyczyn. Gorszym bilansem z „Miedziowymi” w Ekstraklasie może się pochwalić jedynie Orest Lenczyk w sezonie, w którym Zagłębie ostatecznie spadło z ligi i zapomniany dziś Drazen Besek trenujący Zagłębie w sezonie 2004/05 zakończonym tuż nad strefą spadkową. Były to jednak czasy, gdy na przestrzeni trzech kolejek „Miedziowi” potrafili przegrać 1:7, wygrać 7:0, a także zremisować, i nikogo to wtedy nie dziwiło. Po czasie rozdzwaniały się tylko telefony z Wrocławia.

Dariusz Żuraw przed swoim ostatnim meczem w roli szkoleniowca Zagłębia zapytany o  różnice między prowadzonym przez niego rok temu Lechem, a Legią w kontekście gry w grupie Ligi Europy. Podzielił się rezolutnym przemyśleniem.

Tak błyskotliwych posunięć przed meczem oczekujemy jednak również w szatni, gdy zgłosi się kolejny klub z Ekstraklasy. A pewnie się zgłosi, bo trenerów mających na koncie wicemistrzostwo i brawurowy awans do grupy LE nie ma na karuzeli wielu. Kolejna nieudana przygoda oznacza jednak pewnie angaż w którymś z klubów z dolnych rejonów tabeli, a być może dłuższy rozbrat z Ekstraklasą i zejście do I ligi.

Antoni Janas