Droga donikąd. Czy Śląsk powinien zmienić trenera?

fot. Śląsk Wrocław

Losy uznanych marek po spadku z Ekstraklasy w ostatnich latach niemal zawsze nie były litościwe. Wyjątkiem potwierdzającym regułę okazała się Lechia Gdańsk Szymona Grabowskiego. Poza nią w XXI wieku tylko 6 drużyn zdołało wrócić do elity po jednym sezonie na zapleczu. W bieżącej kampanii spadkowicze radzą sobie bardzo kiepsko, a nadzieję na awans wydawał się mieć jedynie Śląsk Wrocław. Ekipa Ante Šimundžy długo była w czołówce, obecnie jednak wpadła w potworny kryzys. Defensywa nie istnieje, WKS nie wygrał ośmiu meczów z rzędu… Czy dwukrotny mistrz Polski zdoła się podnieść? 

Po kompromitującym sezonie spadkowym w sercach kibiców ze stolicy województwa dolnośląskiego pojawiło się sporo optymizmu. Klub przeprowadził teoretycznie obiecujące transfery, na czele drużyny pozostał Ante Šimundža. Pierwsze spotkania pokazały, jak nieprzyjemna dla spadkowicza jest Betclic 1. Liga. Wrogiem Śląska stały się gry wyjazdowe, w których zdołał wygrać dwukrotnie w ciągu pierwszych dziesięciu kolejek. 

Powolny zjazd

Niezła gra w ofensywie na Tarczyński Arenie maskowała odziedziczone z Ekstraklasy fatalne błędy w defensywie. Drużyna zajmowała drugie miejsce, wielu ekspertów dostrzegało jednak w grze Śląska spore rozklekotanie. Do końca września słoweńskiego szkoleniowca broniły przede wszystkim wyniki. U siebie WKS był niepokonany od 19 kwietnia, a poza porażką 0:5 z Wisłą Kraków nie było większych kompromitacji. Ekipa z Wrocławia zdołała jednak zachować tylko jedne czyste konto z poturbowaną Puszczą Niepołomice. 

Gdyby ktoś chciał napisać poradnik „Jak sprawiać wrażenie, że wszystko się zgadza?”, mógłby pokazać dwa mecze po październikowej przerwie na kadrę. Śląsk w mało przekonującym stylu ograł u siebie słabiutkie Stal Mielec i Górnika Łęczna, w obu spotkaniach tracąc gola. Kibice i eksperci mieli sporo wątpliwości, WKS jednak trzymał się pozycji wicelidera. Biorąc pod uwagę trudności innych spadkowiczów, jak i charakterystykę pierwszej ligi – liczyły się właściwie tylko punkty. Z czasem jednak zaczęło brakować także pozytywnych wyników.

W końcówce października rozpoczęła się katastrofalna seria trwająca do dziś, Śląsk nie wygrał w siedmiu kolejnych ligowych meczach. Nie ulega wątpliwości, że każdego z rywali WKS-u możemy nazwać wymagającym. Każdy z nich zajmuje miejsce w czołowej jedenastce, a ścisk w tabeli jest nieprawdopodobny. Tylko dwa z tych meczów odbywały się na Tarczyński Arena. Twierdza Wrocław także jednak upadła – w starciu z Polonią Bytom. 

Paradoksalnie, wyniki być może nie są największym zmartwieniem. W siedmiu wspomnianych konfrontacjach padło 28 goli, dokładnie po cztery na mecz. Śląsk jest ekipa nieprawdopodobnie wesołą, przede wszystkim za sprawą gry w defensywie. Ta jest dziurawa od momentu, gdy we Wrocławiu zameldował się Ante Šimundža. Bieżąca kampania stanowi jednak apogeum nieudolności w bronieniu. Długo sympatycy obwiniali za ten fakt Serafina Szotę, byłego kapitana WKS-u. 26-latek nigdy nie słynął z gry w kontakcie z rywalem, jego największym atutem wydawało się wyprowadzenie piłki. 

Skala hejtu, który wylał się na Szotę jesienią stanowi zjawisko społeczne. Piłkarz w momencie odejścia zestawiony został na platformie „X” do największych zbrodniarzy w historii świata, co jest oczywistym absurdem i skandalem. Trzeba jednak przyznać, że wielokrotnie wyglądał jak piłkarz pozbawiony wszelkich umiejętności gry w defensywie i czucia przestrzeni. Kapitan po ostatnim meczu rundy jesiennej wskazał, że w drużynie jest pełna wiara w trenera Šimundžę, po czym… odszedł do Arki Gdynia.

Śląsk nie broni

Wśród sympatyków pojawiły się gesty tryumfu. Runda wiosenna błyskawicznie jednak pokazała, że problem leży znacznie głębiej. Ante Šimundža zmienił system, w nowym roku Śląsk gra z trójką obrońców. Szkoleniowiec wskazywał, że jest to proces, który wymaga cierpliwości. W obu meczach na start rundy defensywa przeciekała, co szczególnie widoczne było w Legnicy. Po sobotnim starciu trenera wypowiadał się o różnicy postępu względem oczekiwań. – Dziś nie było dobrze. W poprzednim meczu w defensywie było lepiej, ale za to w ofensywie nie zaprezentowaliśmy się wystarczająco dobrze. Graliśmy dziś z ambicją, chcieliśmy utrzymywać się przy piłce. Ale jak wspominałem wcześniej: Miedź miała 3-4 akcje i strzeliła 3 gole. Jeśli masz pewne założenia, np. żeby wypchnąć zawodnika z pozycji, i to się nie udaje, to nie jest to nic dobrego. – mówił Ante Šimundža. 

Szczególnie bolesny był początek spotkania. Śląsk naciskał przez kwadrans, a Miedzianka trzema dłuższymi podaniami wywołała gigantyczne zamieszanie w polu karnym Szromnika. Gra w obronie jest kompromitująca, można rzec, że WKS nie broni. Oczywiście jest to przerysowanie, ale ciężko znaleźć coś w naszym kraju ekipę, która ma z defensywą większe problemy. 

Największym zmartwieniem jest jednak fakt, że zarówno Mariusz Malec, jak i trener w kwestii gry w obronie stają się bezradni. Stoper powiedział o tym wprost po meczu z Miedzią. Zamiast Szoty w obronie pojawił się Lamine Ba, piłkarz z Mauretanii indywidualnie wyglądał nienajgorzej. To solidny fundament, Śląsk kuleje jednak przede wszystkim kolektywnie. 

Po porażce posada Šimundžy była podważana, szkoleniowiec rozsierdził obserwatorów wypowiedziami dotyczącymi postawy boiskowej. Wskazał, że mecz w Legnicy był najlepszym wyjazdowym, że widzi progres u zawodników. Trener odwoływał się do charakteru i szacunku do barw piłkarzy, aż wreszcie samemu wziął odpowiedzialność za porażkę. 

Sytuacja w Śląsku jest wysoce specyficzna, jeszcze miesiąc temu nad klubem wisiało widmo tragedii. Po nieudanej prywatyzacji WKS stracił możliwości operacyjne, przez co do skutku nie doszedł zimowy obóz w Hiszpanii. Miasto zdecydowało się jednak w znacznym stopniu wspomóc klub, którego jest właścicielem. Po przekazaniu gigantycznych środków, głos zabrało kilku właścicieli konkurencyjnych klubów. Oburzenie dotyczyło braku sprawiedliwości w rywalizacji – by podmiot zarządzany przez prywatnego właściciela wygenerował 30 milionów złotych, musi dokonać czegoś wyraźnie ponadnormatywnego. Tymczasem WKS za sprawą decyzji otrzymał taką kwotę z kasy publicznej. 

Pojawił się nowy stoper, solidny pomocnik i ciekawy napastnik. Pewność miał dać Michał Mokrzycki, który obiecująco wszedł do Śląska w Chorzowie. Mecz z Miedzią był jednak w wykonania byłego kapitana ŁKS-u niedostateczny. Timotej Jambor poszerzył wybór w ataku, w ustawieniu 1-3-5-2 Šimundža ma teraz do wyboru czterech napastników. Kadrowo Śląsk wygląda całkiem obiecująco, często jednak u piłkarzy pojawiają się niezrozumiałe zjazdy formy czy krótkotrwałe absencje umysłowe, które skutkują błędami indywidualnymi.

Co z trenerem?

Na czele stoi Ante Šimundža, wobec którego toczy się debata. Elementem zwolnienia szkoleniowca powinien być przede wszystkim nakreślony plan na kolejne tygodnie. Biorąc pod uwagę doniesienia o kontakcie Wiceprezydent Wrocławia z Ryszardem Tarasiewiczem (co samo w sobie jest kompletnie niedorzeczne), w strategię można głęboko wątpić. Śląsk poślizgnął się na braku rozsądnego planu w listopadzie 2024 roku, gdy po zwolnieniu Jacka Magiery WKS w czterech pozostałych meczach rundy zrobił konkretny krok ku spadkowi. 

Nie bez znaczenia jest także spora pensja szkoleniowca. Kilka dni temu Marcin Torz opublikował zestawienie grudniowych wypłat dla pracowników klubu. Kwoty robią wrażenie, trzeba jednak zaznaczyć, że w zestawieniu wliczone są premie oraz VAT, ponadto w niektórych przypadkach regulowane były zaległości. Z pewnością przy potencjalnym  zwolnieniu Simundzy pojawi się gigantyczna odprawa, która także mogłaby stanowić problem. Za trenerem boiskowo przemawia niewiele, zmiana byłaby jednak zupełnie absurdalna. 

Brak awansu do Ekstraklasy byłby finansowym koszmarem. Słabo oceniana jesień pod kątem wyniku stworzyła jednak możliwość walki o awans, na ten moment WKS do wicelidera traci ledwie 5 oczek. Inna sprawa, że pod kątem sportowym ciężko znaleźć argumenty na korzyść awansu ekipy z Wrocławia. Z pewnością plusem jest przebrnięcie przez trudną serię wyjazdów, do końca sezonu WKS z czołówką gra w znacznej większości na Tarczyński Arenie. Stadion także powinien przynieść wsparcie, a w kolejnych trzech meczach Śląsk zagra u siebie. Jeśli jednak ekipa Šimundžy nie odbije się w najbliższym czasie, szanse na awans ostatecznie przepadną. 

Hugo Braun