Dramat w Kiszyniowie. Porażka z Mołdawią to blamaż

2023.06.20 Kiszyniow
pilka nozna eliminacje Euro 2024
Moldawia - Polska
N/z Artur Craciun Robert Lewandowski
Foto Sergey Sokolov / PressFocus

To nie był tylko koszmar. Polska reprezentacja naprawdę przegrała na wyjeździe z półprofesjonalną Mołdawią. Biało-Czerwoni musieli uznać wyższość drużyny notowanej na 171. miejscu w rankingu FIFA. Postawa polskich piłkarzy, zarówno w trakcie, jak i po meczu, zakrawa o największą kompromitację ostatniej dekady. W żaden sposób nie da się wytłumaczyć tak wyraźnej boiskowej apatii i braku determinacji. Nikt nie pozostawia suchej nitki na podopiecznych Fernando Santosa. Męczy nas piłka, a światełka w tunelu nie widać.

Nie chodzi już nawet o wynik. Co prawda porażka 2:3 boli, szczególnie że pierwszą część spotkania mieliśmy pod kontrolą i do szatni zeszliśmy z dwubramkowym prowadzeniem, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Wszyscy odczuwamy złość ze względu na bierność, zlekceważenie przeciwnika i zupełnie nieprofesjonalne podejście do tego spotkania. Można przegrać po meczu pełnym walki. Można dać się pokonać drużynie, która bazuje na piłkarzach o przynajmniej zbliżonych umiejętnościach indywidualnych. Nie można jednak dać się choćby na chwilę zdominować przeciwnikowi, który w Europie uchodzi za chłopca do bicia. Szczególnie w tak okropnie miernym stylu, jak zrobili to nasi reprezentanci.

Zajechali nas pasją i chęcią do gry

Piłkarska reprezentacja Mołdawii nie należy do europejskiej elity futbolu. Nie jest na Starym Kontynencie nawet typowym „średniakiem”. To półprofesjonalna drużyna składająca się z piłkarzy, którzy przede wszystkim grają w miejscowych mołdawskich klubach, a także w Rumunii i Ukrainie. W podstawowej jedenastce naszych rywali znaleźli się również zawodnicy na co dzień występujący w Izraelu, Turcji czy Grecji. Tylko wybrani z nich są zakontraktowani przez pierwszoligowe kluby. Reszta reprezentuje barwy zespołów z niższych klas rozgrywkowych. W drugiej połowie to jednak Mołdawia dyktowała warunki gry. Piłkarzom tego niewielkiego i ubogiego kraju zwyczajnie bardziej zależało na zwycięstwie. Dopięli swego i osiągnęli historyczny sukces.

Bezkompromisowo wykorzystali błąd Piotra Zielińskiego tuż po rozpoczęciu drugiej części spotkania, kiedy to po strzale z dystansu piłkę w siatce umieścił Ion Nicolaescu. Kwadrans później strzelili nam bramkę po rzucie rożnym, która ze względu na faul w polu karnym nie została uznana. Polacy byli wystraszeni, sparaliżowani i rozluźnieni do granic możliwości. Mołdawianie nie zwalniani tempa – strzelec pierwszego gola, napastnik Beitaru Jerozolima, skarcił nas po raz drugi w 79. minucie meczu po fatalnym błędzie Jakuba Kiwiora. Obrońca Arsenalu po prostu podał mu piłkę, a rajd Nicolaescu zwieńczony ustrzeleniem bramki był tylko wisienką na torcie. Na pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry gospodarze wyszli na prowadzenie po uderzeniu głową Vladyslava Boboglo i fatalnej wzajemnej komunikacji naszych piłkarzy w polu karnym.

Liga mołdawska ogranicza się właściwie tylko do sukcesów Sheriffa Tyraspol, klubu finansowanego przez firmę o tej samej nazwie, a trzymającej w ryzach różne sektory gospodarcze kraju. Pozostałe kluby nie mają funduszy, piłkarzy na choćby zbliżonym poziomie – ich zawodnicy grają na niewielkich stadionach, często o bardzo wątpliwym stanie technicznym. Futbol w Mołdawii, mam tu myśli szkolenie, infrastrukturę i ogólną jakość, plasuje się zdecydowanie poniżej polskich realiów. Mimo to reprezentacja, która rywalizuje w kontekście piłkarskim z państwami pokroju Łotwy, Andory, San Marino lub Liechtensteinu, bez żadnych kompleksów ograła przyjezdnych Biało-Czerwonych. Jest jeden główny powód – w końcowym rozrachunku to Mołdawianom chciało się biegać, grali z pasją i płynącym od serca zaangażowaniem. To, w połączeniu z katastrofalną dyspozycją Polaków, zaowocowało sensacyjnym, ale w pełni sprawiedliwym wynikiem.

Mizerna postawa na murawie i poza nią

W pierwszej połowie podopieczni Fernando Santosa kontrolowali przebieg gry. Można było się tego spodziewać, bo do Kiszyniowa nasi piłkarze udali się w jednym celu – powiększyć dorobek punktowy w eliminacjach do Mistrzostw Europy w Niemczech o kolejne trzy oczka. Ostatecznie do przerwy na tablicy wyników widniał wynik 2:0 dla naszych kadrowiczów, przy czym mieli oni szanse, by z jeszcze większą przewagą udać się do szatni. Dobrze spisał się duet napastników Lewandowski-Milik, obaj zanotowali po jednym trafieniu i asyście. Nic nie zwiastowało haniebnej drugiej połowy i tego co wydarzyło się po ostatnim gwizdku sędziego.

Absolutnie nic nie zasługuje na pochwałę w kontekście gry Polaków po przerwie. Trudno w jakikolwiek sposób wyjaśnić to, co wydarzyło się na boisku. Byliśmy wyłączeni, jakby otumanieni, daliśmy się nastraszyć reprezentacji Mołdawii, której piłkarze wykorzystali każdy kolejny popełniany przez nas błąd. Mieliśmy swoje sytuacje, szczególnie na trzy minuty przed utratą drugiego gola, kiedy to mogliśmy podwyższyć prowadzenie. Rewelacyjnej sytuacji nie wykorzystali Jakub Kamiński i Sebastian Szymański – pierwszy z nich miał idealną okazję na strzał, jednak zdecydował się podać na wolne pole do kolegi, który niefortunnie przyjął piłkę i pogubił się pod bramką rywali. Czy to był stres? Może wynikało to ze zbyt dużego rozluźnienia? Myślę, że sami piłkarze nie znają odpowiedzi na te pytania.

Prawda jest taka, że to spotkanie obnażyło wszystkie nasze słabości. Brak odpowiedniej komunikatywności, wzajemne niezrozumienie, nonszalancja, zlekceważenie przeciwnika – można by tak wymieniać bez końca. Dawno nie uświadczyliśmy meczu naszej reprezentacji, który odcisnąłby takie piętno na opinii publicznej. Istotne jest to, co wydarzyło się już po meczu. Polscy piłkarze szerokim łukiem omijali dziennikarzy i udawali się czym prędzej do szatni. Nawet nie podziękowali polskim kibicom, którzy zjawili się w Mołdawii, by obejrzeć ten komediodramat. Jak już kogoś udało się wyciągnąć do wywiadu, to głosił on populistyczne hasła, parafrazując – wiemy, że daliśmy ciała, brak nam słów, czeka nas dużo ciężkiej pracy, jest nam wstyd, przepraszamy. Porażająca jest jednak pomeczowa wypowiedź Jana Bednarka, który stwierdził, że wszyscy myślami byli już na wakacjach. To splunięcie nie tylko w stronę fanów, ale także w kierunku selekcjonera i sztabu szkoleniowego.

Przekroczyli wszelkie granice

Osobiście w tej porażce nie widzę ani krztyny winy ze strony Fernando Santosa. Selekcjoner podczas pomeczowej konferencji dobitnie odpowiadał na pytania dotyczące tego, co wydarzyło się podczas drugiej połowy. Nie wiedział, co się stało. Był w takim samym szoku, jak setki tysięcy Polaków oglądających mecz. Jeżeli dla selekcjonera, który między innymi zdobył mistrzostwo Europy z Portugalią w 2016 roku, była to sytuacja zupełnie niewytłumaczalna, to chyba czas uświadomić sobie, że wina leży po stronie naszych zawodników. Spuszczone głowy, smutek i przybicie, bez choćby odrobiny złości po kompromitacji – to mówi samo za siebie. To nie jest zimny prysznic. To znak, że mentalność zawodników naszej kadry woła o pomstę do nieba.

Z całym szacunkiem za dotychczasowe osiągnięcia, ale przybijająca jest też postawa kapitana reprezentacji Polski, Roberta Lewandowskiego. Nasz lider nie wziął na swoje barki odpowiedzialności za druzgocący wynik. Nie pojawił się na pomeczowej konferencji prasowej, zresztą żaden piłkarz tego nie zrobił. Wulgaryzmy same cisną się na język, ale żeby zachować poprawność – sprawiali oni wrażenie, jakby mieli to wszystko w głębokim poważaniu. Do rezultatu meczu odniósł się już prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezary Kulesza, który spotkał się osobiście z selekcjonerem, aby porozmawiać o przyszłości reprezentacji. Stwierdził, że porażki z Mołdawią nie da się racjonalnie wyjaśnić. Można jednak dojść do wniosku, że ktokolwiek by nie prowadził tej drużyny, osiągnęłaby ona kiepski wynik.

Postawa naszych reprezentantów od kilku miesięcy jest dosłowną antyreklamą na arenie międzynarodowej. Nie da się ich zmagań oglądać, ale dopóki kadrę broniły wyniki, nikt nie robił sobie z tego większego problemu. Przegrana z Mołdawią w końcu nas uświadomiła, że potrzebne są zmiany. Tylko jakie, skoro znaczna część naszych piłkarzy mierzy się ze słabszą formą, bądź zwyczajnie nie jest w stanie udźwignąć meczowej presji. Przypomnę tylko, że mowa o piłkarzach zarabiających ogromne pieniądze, a co najważniejsze, reprezentujących naród. Brak słów na to, co wydarzyło się w Kiszyniowie. Następne spotkanie eliminacyjne Polska rozegra z Wyspami Owczymi we wrześniu bieżącego roku. Miejmy nadzieję, że nasze gwiazdy powalczą wówczas z kolejną „potęgą” o zwycięstwo. Może podczas upragnionych wakacji zreflektują się nad tym, co oznacza gra z orzełkiem na piersi – przede wszystkim dla milionów Polaków, którzy zwyczajnie czują wstyd i rozgoryczenie przez to, jakiego bałaganu są świadkami od dłuższego czasu.

Mikołaj Grabowski