Dominik Nowak: Byłem zaskoczony zwolnieniem z Korony

Share on facebook
Share on twitter
2021.11.27 Niepolomice
Pilka nozna, Fortuna I liga, sezon 2021/2022
Puszcza Niepolomice - Korona Kielce
N/z Dominik Nowak
Foto Krzysztof Porebski / PressFocus

2021.11.27 Niepolomice
Football, Polish first league - second level, 2021/22 season
Puszcza Niepolomice - Korona Kielce
Dominik Nowak
Credit: Krzysztof Porebski / PressFocus

Od końca listopada pozostaje bez pracy. Został wtedy zwolniony z Korony, którą zostawił na trzecim miejscu w tabeli I ligi. Dominik Nowak na bezrobociu jednak nie próżnuje. Czyta, ogląda, analizuje i szuka możliwości powrotu na ławkę trenerską. Nic jednak siłę, gdyż – jak zaznacza – najważniejsza jest spójna wizja trenera z zarządem klubu.

Dominik Nowak to uznana marka na polskim rynku trenerskim. Największy sukces odniósł w Legnicy, gdzie wprowadził tamtejszą Miedź do Ekstraklasy. Tam jednak „Miedzianka” grała tylko przez jeden sezon, bo za awansem szybko poszedł spadek. Dolny Śląsk opuścił pod koniec czerwca 2020 roku. Na kolejną pracę czekał prawie 10 miesięcy. W połowie kwietnia 2021 roku objął Koronę Kielce, która ugrzęzła wówczas w środku tabeli I ligi. Ostatecznie „Złocisto-Krwiści” zakończyli sezon na 12. pozycji, ale wiadomo było, że ważniejszy będzie następny sezon, w którym zespół miał walczyć o powrót do Ekstraklasy.

Zaczęło się wyśmienicie, gdyż po sześciu kolejkach Korona prowadziła w tabeli I ligi z kompletem punktów na koncie. Pierwsza ligowa porażka nadeszła dopiero w połowie września, kiedy kielczanie ulegli Sandecji (0:1). Stemplem pieczętującym zwolnienie Nowaka był listopad, kiedy na cztery spotkania na zapleczu Ekstraklasy pod wodzą 

50-letniego szkoleniowca Korona wygrała zaledwie jedno, a resztę przegrała. Porażka 2-5 z Puszczą Niepołomice zakończyła przygodę byłego szkoleniowca Miedzi w Kielcach.

Czy był zaskoczony zwolnieniem z Korony? Co zrobiłby w Kielcach inaczej? Czy miał oferty z innych klubów po zakończeniu pracy w drużynie „Złocisto-Krwistych”? Czy spadku z Miedzią Legnica w sezonie 2018/19 można było uniknąć?

***

Jakub Kowalikowski: Od 29 listopada 2021 roku pozostaje pan bez klubu. Jaki ma pan pomysł na siebie po pracy w Kielcach? Chciałby pan nadal pracować jako trener czy może przerzucić się na inną gałąź piłki nożnej, na przykład związaną z byciem ekspertem przy okazji transmisji telewizyjnych?

Dominik Nowak: Myślę, że każde zajęcie jest ciekawe. Jako ekspert miałem okazję być zaproszonym do studia telewizyjnego. Były to raczej epizody, ale to ciekawe doświadczenie. Nie ukrywam jednak, że bycie trenerem to nadal moja pasja, którą cały czas rozwijam. Nie czuję się jeszcze na tyle spełniony jako szkoleniowiec, żeby pójść na emeryturę. Czekam na propozycje. Zobaczmy, co się wydarzy. Staram się być cały czas na bieżąco. Na pewno bliżej mi obecnie do trenera niż do eksperta.

Czym zajmuje się pan od czasu odejścia z Korony?

Takie okresy w swojej karierze już przeżywałem. Proszę mi wierzyć, na bezrobociu tego czasu jest naprawdę bardzo mało. Nawet w trakcie przerwy zimowej analizowałem zespoły w I lidze, i Ekstraklasie, ze szczególnym uwzględnieniem kilku drużyn, które przykuły moją uwagę, patrząc w perspektywie ewentualnej pracy. Oczywiście nie będę wymieniał nazwy tych klubów. Staram się czynnie wypoczywać, codziennie biegam, to moja pasja. Nawet, gdy pracowałem w Kielcach czy Legnicy, to każdego dnia praktycznie po 10 kilometrów potrafiłem zrobić. Praca trenera jest obciążająca, więc taki odpoczynek jest potrzebny. Oprócz tego, szlifowałem swój angielski, czytałem książki, śledziłem nowe trendy w piłce nożnej. Oglądałem wiele spotkań ligi angielskiej czy włoskiej, która jest bardzo ciekawa pod względem taktyki. Czas można dobrze spożytkować, więc nie ma co siedzieć i czekać na telefon, tylko wykorzystać ten czas na samorozwój.

W jednym z wywiadów wspomniał pan, że fascynuje pana Manchester City Pepa Guardioli. Na co przede wszystkim zwraca pan uwagę w taktyce, inspirując się Katalończykiem? 

Zawsze wizja Pepa Guardioli była spójna z tym, co ja starałem się wprowadzać na przykład w Wigrach Suwałki czy Miedzi Legnica. Myślę, że udałoby mi się wprowadzić to też w Koronie Kielce. Nie mówimy tutaj tylko o ofensywie, ale mam również na myśli kontrolowanie fazy przejścia po stracie piłki. Też prowadzenie działań ofensywnych ukierunkowane na to, że w każdym momencie możemy stracić futbolówkę. Element przejścia z ataku do obrony jest dla mnie bardzo ważny w piłce nożnej. On pozwala w dużym stopniu wpływać na spotkanie oraz liczbę stworzonych sytuacji. Zwracam także uwagę na małe, ale bardzo istotne indywidualne elementy gry takie jak ustawienie się zawodników w niskim pressingu, mówimy tu oczywiście o linii obrony, ukierunkowanie działań w poszczególnych sektorach czy odpowiedzialność w zachowaniu piłkarzy. Często trenerzy patrzą na to, gdzie jest zawodnik. Ja patrzę najpierw na piłkę, przez co później można się do niej odpowiednio ustawić.

Na początku grudnia mówiło się, że szybko wróci pan na ławkę trenerską. Bardzo zainteresowany pańskimi usługami był Górnik Polkowice. Czy to prawda, że głównym czynnikiem, który zaważył na tym, że ostatecznie nie został pan trenerem „Zielono-Czarnych” był niewystarczający budżet klubu na zaproponowany przez pana sztab szkoleniowy?

Tak, to prawda. Jeśli chodzi o mnie, nie chodziło o same pieniądze. Na pewno misja trudna, bo chodziło o utrzymanie zespołu w I lidze, ale ja uważam, że żadnej pracy nie można się bać. W tym zawodzie nie można czekać tylko na gotowe projekty. W Polkowicach zaczynałem swoją pracę trenerską. Widziałem w tej drużynie potencjał, miałem też swój pomysł. Analizując sztab szkoleniowy Górnika oraz generalnie sam klub, dostrzegłem zbyt duże rozbieżności. Miałem już takie sytuacje, kiedy trafiałem do klubu sam, bez nikogo, na przykład do Wigier Suwałki, gdzie poznałem Grzegorza Mokrego, który teraz jest pierwszym trenerem Wigier. Ważne, żeby była ta nić porozumienia, przede wszystkim w trudnych momentach, bo często wtedy zaczynają się problemy we współpracy. Jeśli jednak jest dobra diagnoza, nie widzę problemu, żeby trafić do zespołu, gdzie już są asystenci. W przypadku Górnika uważałem natomiast, że potrzebuję dwóch nowych osób – jednej od przygotowania fizycznego, drugiej jako mojego bezpośredniego asystenta. Z trenerem bramkarzy miałem okazję pracować, gdy był jeszcze zawodnikiem, więc tutaj było pełne zaufanie. Wszystko się jednak rozminęło. Mogłem zostać trenerem Górnika, ale nie chciałem ze względu na brak komfortu pracy, który zawsze jest bardzo istotny.

Chciałbym jeszcze pozostać w temacie ofert. Czy oprócz Górnika Polkowice był pan na etapie rozmów jeszcze z jakimś innym klubem?

Na poważniejszym etapie nie byłem. Był klub z Ekstraklasy, w którym byłem jednym z kandydatów. Są również trzy kluby pierwszoligowe, które będą rozpatrywać moją osobę. Konkretnych rozmów jeszcze nie prowadziliśmy. Zobaczymy, jak to się potoczy. Ligi wchodzą teraz w taki moment, że nie będzie raczej roszad trenerskich. Chciałbym jednak, żeby na nowy sezon pojawiła się jakaś propozycja. I to taka, która będzie spójna z moją wizją. Musi być między trenerem a dyrektorem sportowym dobra współpraca, żebyśmy później nie rozmijali się z oczekiwaniami.

Kończąc temat przyszłej pracy, zauważyłem, że w pańskiej pracy często zaczynał pan nową pracę w lipcu, czyli w okresie między sezonami. Jak wygląda to teraz? Biorąc pod uwagę sytuację klubów, prowadził pan już jakieś wstępne rozmowy?

Za bardzo nie chciałbym mówić o konkretnych drużynach. Byłem po wstępnych rozmowach z dwoma klubami, ale dziś trudno powiedzieć, jak to się potoczy. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem sam na rynku. Każdy trener przedstawia swoją wizję. Ja zawsze staram się rzetelnie ocenić zespół i jego funkcjonowanie. To jest dla mnie najistotniejsze. Nie może być tak, że chcę dostać pracę, bo chcę ją dostać i zrobię wszystko, a potem wynik będzie dla kogoś niesatysfakcjonujący, co zawsze skutkuje tym, że praca jest krótsza. Mnie zależy na klubie, gdzie czas pracy będzie dłuższy. Często w polskiej piłce trenerzy po pierwszym kryzysie są zwalniani. Też to przeżyłem w Koronie. Byliśmy w dobrej sytuacji, zajmowaliśmy trzecie miejsce. Uważałem, że drugie okienko transferowe to będzie moment, kiedy będzie można ocenić moją pracę. Stało się jednak jak się stało. Nie ma teraz co patrzeć w przeszłość, należy patrzeć w przyszłość. Muszę szukać takich rozwiązań, które nie tylko będą satysfakcjonujące, ale w których chciałbym się również dalej spełniać.

Teraz chciałbym poruszyć temat pańskiego ostatniego klubu. Na oficjalnej stronie Korony mogliśmy przeczytać, że umowa z panem została rozwiązana za porozumieniem stron. Może pan zdradzić jaki był oficjalny powód rozstania ze „Złocisto-Krwistymi”?

Myślę, że jedynym powodem było to, że nie każdy był usatysfakcjonowani wynikami zespołu. Jak się okazało, gwoździem do mojego zwolnienia był ten nasz nieszczęsny mecz w Niepołomicach z Puszczą (porażka 2-5 przyp. red.). Ja swoją pracę inaczej postrzegałem. Zdawałem sobie sprawę – myślę, że wszyscy w klubie również – jak wiele kontuzji jest w naszej drużynie. Teraz Korona jest silniejsza niż kiedy ja ją prowadziłem. Mówimy tu o okienku zimowym. Już latem byliśmy w klubie świadomi, że zimą trzeba będzie pozyskać trzech lub czterech zawodników. Chcieliśmy to zrobić oczywiście w oparciu o ocenę całej rundy. Nie było mi niestety dane jej dokończyć.

Tak, jak więc powiedziałem, nie było żadnych innych powodów mojego zwolnienia. To była decyzja, którą ja musiałem zaakceptować. Ja sam siebie nie zatrudniam i również nie jestem osobą, która sama siebie będzie zwalniała. Są osoby wyżej w hierarchii ode mnie. Rozstaliśmy się, podając sobie dłonie. To też jest dobre, że człowiek rozstaje się z klubem za porozumieniem stron. Chciałem kontynuować moją pracę, ale nie mam żadnych pretensji do nikogo z Korony, że tak się nie stało.

Był pan zaskoczony rozstaniem z Koroną?

Tak, byłem zaskoczony. Nie ma co tego ukrywać. Od razu po zwolnieniu miałem kilka telefonów od osób, które były bardzo zaskoczone tą decyzją. Nie chciałbym oczywiście mówić teraz o kulisach, ale z zarządem rozstaliśmy się w naprawdę dobrych relacjach, rozmawialiśmy nawet miesiąc po tej decyzji. Było dużo czynników, które wpłynęły na moje zwolnienie.

Gdyby Korona znajdowała się na 9. czy 10. miejscu, to w jakimś stopniu mógłbym zrozumieć tę decyzję. 4,5 miesiąca pracy z nową drużyną, bo nie mówimy o czasie, kiedy objąłem zespół, to bardzo krótki okres w pracy trenera. Mimo to, rezultat był niezły. Te problemy wynikowe były pokłosiem tego, że potencjał Korony był w tamtym momencie jeszcze zbyt niski.

Gdy rozmawialiśmy rok temu, był pan na początku swojej przygody z Koroną. Powiedział pan, że “bardzo istotne jest, żeby każdy trener, który przychodzi do nowego klubu, miał czas, żeby spokojnie popracować z zespołem”. Czuje pan, że zarząd Korony zawiódł w tym aspekcie?

Nie, nie mam pretensji. To nie są już moje decyzje. Przychodząc do Korony, jasno wyartykułowałem, że nie jestem trenerem, który pracuje krótkofalowo. Każdy element, który starałem się wprowadzać, oczywiście w oparciu o konsultacje z dyrektorem sportowym czy włodarzami klubu, miał być spójny z moją filozofią, a w dłuższej perspektywie nasz cel, czyli awans do Ekstraklasy, został zrealizowany. Po części go realizowaliśmy. Zawsze powtarzam, że nie jest to prosta i łatwa droga, tym bardziej w sytuacji, kiedy zespół jest budowany na nowo. Całkiem inaczej jest, kiedy obejmuje się drużynę, która posiada swój trzon od roku czy dwóch lat. Łatwiej jest wtedy wpływać na pewne mechanizmy. W mojej Koronie można było znaleźć wiele ogniw, które zostało latem wymienionych. Potrzebny był na pewno czas. Chciałem być trenerem Korony, ale nie było mi to dane. Trudno. Nie jestem pierwszy, nie jestem ostatni. Taka jest praca trenera.

Z jakich aspektów pracy w Koronie jest pan zadowolony?

Z początku mojej pracy, kiedy starałem się kształtować Koronę, biorąc pod uwagę potencjał zespołu. Powtarzałem na starcie, że nawet jeśli wygrywamy mecze, to to nie była jeszcze ta Korona, którą ja chcę widzieć. Byłem w tej ocenie wyważony. Nie poddawałem się emocjom, jeśli chodzi o sam wynik sportowy. Zdawałem sobie sprawę, że zimowe okienko transferowe zaprocentuje, a nam uda się zbudować zespół, który zrealizuje swój cel, jakim był awans do Ekstraklasy.

A jakie dostrzega pan minusy bądź rzeczy, które po prostu się nie udały?

Byłyby takie aspekty. Na pewno spójność działań, jeśli chodzi o sztab szkoleniowy, ale do tego nie chciałbym już wracać, bo to zawsze ma duży wpływ na szatnię. Uważam, że można było więcej zrobić, jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne. Zespół był z jednej strony dobrze przygotowany, ale myślę, że pewne rzeczy można było usprawnić, na przykład, żeby liczba kontuzji była mniejsza. Było kilka urazów mechanicznych, na co wpływu nie mamy, ale tak, jak powiedziałem, można było podnieść dynamikę pracy z zespołem.

Jest parę czynników, które trzeba budować poprzez pewien proces. Trenerów często rozliczamy przez pryzmat samego wyniku. Ja natomiast zawsze byłem w stu procentach przygotowany do oceny mikrocyklu, meczu, doboru taktyki czy zawodników. W Kielcach jest też duża presja. Znacznie trudniej się przez to pracuje. Każdy zdaje sobie tam sprawę, że brak awansu może oznaczać problemy dla klubu. To jest jednak już inny temat.

Gdyby mógłby pan zmienić jedną rzecz w pańskiej pracy w Kielcach, co by to było?

Szukałbym jednego zawodnika do środka pola, który usprawniłby grę i byłby naszym playmakerem. Uważałem, że temu zespołowi w danym momencie tego ewidentnie zabrakło. Oczywiście wtedy, kiedy ja miałem okazję prowadzić Koronę. Teraz jakość w drugiej linii jest na pewno większa. Do tego poszukałbym jeszcze napastnika. Jedynym zawodnikiem z tej pozycji, którego miałem, a którego straciłem w trakcie rundy, był Adam Frączczak. Przydałby mi się gracz, który byłby w stanie rywalizować, ale również zastąpić Adama. Nic tak nie rozwija piłkarzy, czy to na treningach, w trakcie meczów, czy jeśli chodzi o kwestie mentalne, jak zdrowa rywalizacja.

Teraz o pewnego zawodnika właśnie z drugiej linii chciałbym zapytać. W analizie pańskiej pracy w Koronie dokonanej przez portal Weszlo.com pojawiło się zdanie o rzekomej niechęci pana do Zvonimira Petrovicia, który w tym sezonie za pana kadencji tylko raz rozegrał 90 minut. Czy słowa o niechęci mają w sobie jakiekolwiek ziarnko prawdy?

Nie, absolutnie. To jest kompletna bzdura. Zvonimir faktycznie tylko raz dostał szansę od pierwszej minuty, ale wystąpił w wielu meczach. Dostawał sporo minut, praktycznie w każdym spotkaniu z niego korzystałem. Wielu piłkarzy zadzwoniło do mnie po zwolnieniu, co jest naprawdę bardzo miłe, dziękowało mi za współpracę, a Zvonimir również podziękował i podkreślił, że jego poziom się podniósł. Zawsze piłkarze mają duże oczekiwania, wszyscy chcą grać od pierwszej minuty. To jest normalne, trudno, żeby było inaczej. To, o czym napisał portal Weszło.com to jednak nieprawda. Nie chciałbym się teraz tutaj przekomarzać, ile grał do tej pory, bo moglibyśmy zadać takie pytanie. To był wybór trenera. Pamiętajmy, że piłkarze w różnych okresach są w różnej formie. Zvonimir moim zdaniem dostawał dużo szans, zasługiwał na nie. Podniósł swoje umiejętności. Zaczynał stawać się innym piłkarzem niż kiedy przyszedłem do Korony. Miał wtedy problemy z realizacją założeń taktycznych. Nie potrafił dobrze oceniać, ale potem wyglądało to coraz lepiej i szło w dobrym kierunku. Jest to zawodnik, który ma według mnie potencjał, nie tylko motoryczny, ale również techniczny. Jest w miarę młody, więc powinien się rozwinąć.

Czy pana zdaniem klub z Suzuki Arena ma obecnie umiejętności i warunki ku temu, żeby w przyszłym sezonie z powodzeniem występować w Ekstraklasie?

Jeśli mówimy o samym zespole, to uważam, że trzeba będzie dokonać kilku wzmocnień. Nie chciałbym mówić o konkretnych pozycjach. Teraz jest nowy trener, Leszek Ojrzyński, z którym mam dobry kontakt, i to on będzie z zarządem klubu układał drużynę w przypadku awansu. Myślę, że są świadomi, że Korona będzie potrzebowała transferów, bo zawsze to tak funkcjonuje, że jeśli chcesz rozwinąć zespół, to musisz dodać nową jakość. Pamiętam, że gdy prowadziłem Miedź, to popełniliśmy błąd, bo na kilka pozycji ściągnęliśmy zbyt mało jakościowych piłkarzy, więc nie było odpowiedniej rywalizacji. Potem nie mieliśmy kim zastąpić kontuzjowanych piłkarzy. To też był powód tego, że na koniec zabrakło nam jednego punktu do utrzymania. Tak samo jest w Kielcach, myślę, że klub będzie szukał transferów. Do tego jednak jeszcze daleka droga, bo najpierw trzeba ten awans wywalczyć.

Kończąc temat Korony, jak pan ocenia okres swojej pracy w Kielcach? Możemy posłużyć się skalą szkolną.

Proszę mi wierzyć, nie lubię czegoś takiego. Nawet jak zrobiliśmy awans z Miedzią, to widziałem, że pewne aspekty mogliśmy jeszcze wprowadzić. Zawsze są elementy, które można poprawić. Nie inaczej jest w przypadku Korony. Nie chciałbym się posługiwać oceną ze względu na krótki okres pracy. Jeżeli mówilibyśmy o mojej ocenie po zakończonych całych rozgrywkach, to mógłbym podać jakąś cyfrę w skali szkolnej. W tej sytuacji moja praca została jednak przerwana, więc nie chciałbym tego robić.

Z pewnością śledzi pan rozgrywki I ligi. Które zespoły według pana uzyskają ostatecznie awans do najwyższej ligi?

W perspektywie całego sezonu to na pewno Miedź Legnica. Ten zespół ma już wyrobiony styl. Wojtek Łobodziński, będąc w tym klubie od długiego czasu, spokojnie wszystko obserwował i wszedł na ławkę trenerską w dobrym momencie. Po drugie, bardzo dobre transfery, które sprawiają, że zespół jest odpowiednio zbilansowany. Jeżeli nic niespodziewanego się nie wydarzy, a nie podejrzewam, żeby się wydarzyło, to Miedź awansuje do Ekstraklasy, i będzie to w pełni zasłużony awans, bo jest to najlepiej grająca drużyna w I lidze.

Przebudziła się też Arka, jest w bardzo dobrej formie. To zespół, który ma bardzo ważny atut, albowiem potrafi odwracać losy meczów. To nie jest łatwe. W tej chwili to również jeden z głównych kandydatów do awansu. Trzeba szczerze powiedzieć, że Widzew nie prezentuje takiej formy jak chociażby jesienią. Zostało kilka kolejek, zobaczymy, czy ona wróci. Myślę, że będzie do końca bił się o bezpośredni awans. Do tego jeszcze Korona, która moim zdaniem także będzie walczyć o pierwszą dwójkę. To są te trzy zespoły, które aspirują do drugiego miejsca. Miedź jest poza zasięgiem.

Moim cichym faworytem do wywalczenia promocji, pewnie przez mecze barażowe, jest ŁKS. Uważam, że ta drużyna ma naprawdę duży potencjał. Wielkim plusem tego zespołu jest zgranie piłkarzy, którzy grają ze sobą od dłuższego czasu. Na pewno jeszcze ostatniego słowa nie powiedzieli. Wydaje mi się, że jest spora szansa, że ten awans wywalczą. Zresztą przed sezonem ŁKS był faworytem do wygrania ligi. Teraz najważniejsze, żeby znalazł się w pierwszej szóstce.

Nie skreślałbym jeszcze Podbeskidzia. Co prawda seria bez zwycięstwa jest długa, ale moim zdaniem ten zespół ma styl. Trochę brakuje mu szczęścia, niekiedy wyrachowania. Zostało kilka kolejek, więc może załapać się do miejsca barażowego. Jeśli tak się stanie, to może tam sprawić niespodziankę.

Nie mogę nie zapytać o Ekstraklasę. Kto według pana zdobędzie mistrzostwo Polski, a kto wystartuje w eliminacjach do europejskich pucharów z czwartego miejsca?

Co do czwartego miejsca wskazałbym na Lechię Gdańsk, która ma dość silny i równy zespół. Forma gdańszczan też jest w miarę stabilna. Jeśli chodzi o mistrzostwo, naprawdę ciężko powiedzieć. Na pewno imponuje mi Lech. Jego siłą jest mocna kadra, która jest naprawdę wyrównana, co może mieć duże znaczenie w końcówce sezonu. Wszystko w swoich rękach ma Raków, który wygrał i w Poznaniu, i w Szczecinie. To jest silny zespół, jeśli chodzi o mental, a to również jest niezwykle istotne. Moim zdaniem walka o mistrzostwo rozegra się między Lechem a Rakowem. Te dwie drużyny będą biły się do końca o pierwsze miejsce, ale nie pokuszę się wytypować, kto ostatecznie się na nim uplasuje. Walka może trwać do ostatnich minut.

W swojej karierze pracował pan już w sześciu klubach. Czy potrafi pan wybrać jeden, w którym pracowało się panu, z różnych względów, najtrudniej?

Ciężko pracowało mi się w Motorze Lublin. Mam niekiedy taką przypadłość, że zwalniają mnie, kiedy jestem z drużyną na jednym z pierwszych trzech miejsc. Może jest to pokłosie tego, że czasem na początku oczekiwania – tak jak we Flocie Świnoujście – są rozbudzone, a potem mniejszy czy większy kryzys, który zawsze występuje w każdym zespole, sprawia, że nie mogę z niego wyjść, bo nie ma mnie już w klubie. W Motorze jednak pracowało mi się najtrudniej ze względu na zaufanie do mojej osoby. Mimo że zostałem trenerem, po pewnym czasie nie do końca czułem, że metody, które wprowadzam w celu rozwoju klubu, są dobrze postrzegane. Byliśmy na pierwszym miejscu, a rozstałem się z klubem. Oczywiście w bardzo dobrych relacjach, bo doszliśmy do wniosku, że dalszy okres może być trudny ze względu na moje różne oczekiwania, szczególnie dotyczące wizji kierunku prowadzenia zespołu. Motor później nie awansował, ale to jest żadne pocieszenie, bo zawsze lepiej jest prowadzić drużynę do końca. Praca w Lublinie zdecydowanie była najtrudniejsza. Resztę klubów wspominam bardzo dobrze. Ostatnio nawet praca w Koronie to dla mnie naprawdę fajny okres.

Co według pana jest najważniejsze w pracy trenera?

Myślę, że kontakt z szatnią i piłkarzami jest niezwykle ważny. Również to, żeby sami piłkarze wierzyli, że to, co robimy na treningach ma sens, i żeby przenosili to bezpośrednio na mecze. Ja zawsze powtarzam swoim zawodnikom, że spotkanie jest wykładnikiem tego, co trenujemy na co dzień. Istotne moim zdaniem również jest to, żeby nie zaniedbywać takich podstawowych rzeczy jak właśnie kontakt z piłkarzami, wpływ na ich rozwój indywidualny, proces uświadamiania zawodników. Ja chcę sprawiać, żeby oni po każdym treningu stawiali się lepsi. Jeżeli trenerowi uda się to przekazać, to na pewno łatwiej jest o osiągnięcie zadowalającego wyniku.

Gdyby miał pan porównać siebie sprzed na przykład pięciu lat, a swoją obecną wersję, to w jakim aspekcie zauważa pan największy progres?

Myślę, że jestem bardziej spokojny w pracy. Nie chcę powiedzieć, że nie przeżywam, bo mecze to duża dawka adrenaliny i każdy trener to powie, ale w chłodnej analizie dostrzegam, że jestem w stanie więcej zobaczyć, jeśli chodzi o spotkania czy sposób prowadzenia zespołu. Również w kontaktach z piłkarzami mam więcej doświadczenia. Miałem okazję już przetestować swoje metody działania w przeróżnych sytuacjach, lepszych i gorszych. Doświadczenie, które zbiera się przez całą karierę, jest naprawdę ważne. Jeśli mam wyróżnić jedną rzecz, to właśnie ten spokój czy dystans, w którym jest stabilizacja emocjonalna. To na pewno duży plus.

Czy myśli pan, że gdyby uniknął spadku z Miedzią, to nadal pracowałby w Ekstraklasie? Niekoniecznie jako szkoleniowiec Miedzianki.

Tak, myślę, że tak by się stało. Byłem świadomy, że mimo dobrej oceny mojej pracy, jednak czegoś zabrakło. I klubowi, i po trochu mnie. Obecność w najwyższej lidze to była nowa sytuacja dla Miedzi. Gdyby w drużynie były osoby, które miały wcześniej styczność z Ekstraklasą, to udałoby się nam przez to przejść. Spadek jednak powoduje, że niektórzy chcieliby przypisać trenerowi łatkę, że skoro spadł z Ekstraklasy, to się może do niej nie nadaje. Tak to jest. Ja jestem silny i odporny na te wszystkie rzeczy. Mam dalej chęć do pracy, to moja pasja. Będę dążył, żeby do Ekstraklasy wrócić. Nie jestem jeszcze tak zaawansowanym wiekowo trenerem, żeby iść już na emeryturę. Z jednej strony jest na świecie dużo młodych trenerów, ale jest również wielu bardziej doświadczonych, którzy pracują na bardzo wysokim poziomie w Polsce czy w ligach zagranicznych. Myślę, że to wynik i umiejętności decydują, a nie wiek.

W poprzedniej części wywiadu wspomniał pan o tym jednym punkcie, którego zabrakło do utrzymania Miedzi w Ekstraklasie. Było to z pewnością trudne doświadczenie, ale być może również w pewnym stopniu rozwijające. Czy wyciągnął pan jakieś lekcje czy wnioski w zakresie zarządzania zespołem, piłkarzami?

Tak, na pewno. Inaczej się gra o utrzymanie, a inaczej o wyższe lokaty. Wszystkie zespoły, które prowadziłem, walczyły zawsze o te najwyższe cele. Czy to o awans, czy o Puchar Polski, w którym dzielnie walczyliśmy z Wigrami Suwałki. W Legnicy była pierwsza i jak na razie według mnie jedyna porażka w mojej karierze. Była ona na tyle bolesna z tego względu, że dotyczyła najwyższej klasy rozgrywkowej. Dzisiaj wiem, że można było jej uniknąć od samego początku. Miałem okazję rozmawiać z dwoma, trzema trenerami drużyn, które wchodziły do Ekstraklasy, i też pytali się mnie o genezę spadku Miedzi. Na pewno powinniśmy mieć szerszą kadrę. O spadku zaważyła tak naprawdę druga runda. Pierwsza do pewnego czasu była dobra w naszym wykonaniu. Nie przewidywaliśmy, że stracimy kluczowych zawodników środka pola. Tak się jednak stało. Marquitos, Omar Santana i Rafał Augustyniak byli w życiowej formie, a my ich straciliśmy. Wtedy zaczęły się nasze problemy ze zdobywaniem punktów. Gdybyśmy mieli jeszcze dwóch czy trzech jakościowych piłkarzy, którzy mogliby ich zastąpić, to byłoby łatwiej. Może mogłem wtedy szybciej zareagować jako trener. Dzisiaj mam to cenne doświadczenie. Mając taką liczbę kontuzji, warto nawet w trakcie sezonu zmienić system gry. Pamiętam, że pod koniec sezonu go zmieniliśmy i zaczęliśmy znowu zdobywać punkty. Gdyby udało się to wprowadzić wcześniej, od razu, przyniosłoby to pewnie efekt w postaci kilku punktów i nie byłoby dzisiaj historii ze spadkiem Miedzi. Możemy teraz jedynie gdybać. Dzisiaj jako trener inaczej oddziaływałbym w materii wzmocnienia zespołu, wpływu na klub, żeby mieć w zanadrzu plan B w przypadku urazów, spadku formy piłkarzy czy zmiany planu gry. Teraz jak prowadzę zespoły to staram się budować swoją wizję w taki sposób, aby mieć oczywiście określony schemat pracy z zespołem odnośnie ustawienia, czyli taktyki, ale być również przygotowanym, żeby w razie potrzeby szybko sięgnąć po drugi wariant. 

I na koniec – czego można życzyć Dominikowi Nowakowi na kolejne miesiące?

Myślę, że spokoju oraz klubu, który będzie chciał ze mną dłużej pracować. Były trzy kluby – Miedź, Wigry i Górnik Polkowice – które wytrzymały ze mną dłuższy czas. Okazało się, że to były fajne przygody. To pokazuje, że jeśli ktoś ma do mnie zaufanie i chce wychodzić ze mną z kryzysu, to powiem nieskromnie, że warto. Dla mnie to też jest istotne, żeby to nie był klub na tu i teraz czy kilka miesięcy, tylko z wizją na dłuższy okres. Wiadomo jednak, że to wszystko jest bardzo dynamiczne. Niekiedy jest tak, że nawet zakładając ten dłuższy okres, po jakimś czasie okazuje się, że można śmiało powiedzieć, że zespół nie czyni żadnych postępów i wtedy rozstanie z trenerem wydaje się racjonalnym wyjściem. Życzyłbym sobie jednak jako trener, żeby mieć trochę więcej spokoju. 

Z Dominikiem Nowakiem rozmawiał Jakub Kowalikowski