Dlaczego nie żal Słoniny?

Share on facebook
Share on twitter
Temp_080421-EM-15-3

Przykład Mattiego Casha pokazał, że kandydatów do reprezentacji Polski można szukać nie tylko w naszym kraju. Jakiś czas temu zrobiło się głośno o niejakim Gabrielu Słoninie – młodym bramkarzu Chicago Fire, który był chętny do gry dla „Biało-Czerwonych”. Teraz już wiadomo, że 17-latek będzie reprezentował barwy Stanów Zjednoczonych. Dlaczego nie ma co po nim płakać?

Rewelacja sezonu

O nastolatku było ostatnio bardzo głośno. Dobre występy w MLS zaowocowały zainteresowaniem polskich mediów w kontekście powołania obiecującego bramkarza do jednej z naszych kadr młodzieżowych.  Zawodnik, podobnie jak jego rodzice, deklarowali, że Słonina chętnie skorzystałby z zaproszenia do młodzieżówki, jednak wciąż na nie czeka. Sprawę komentował Maciej Chorążyk, czyli człowiek odpowiedzialny w PZPN za kontakt z zawodnikami z polskimi korzeniami. Jego wypowiedź dla portalu Igol sugerowała, że kontakt z zawodnikiem był już dwa lata temu, jednak bramkarz był niedostępny i wbrew temu, co powiedział w mediach, wcale mu do naszej reprezentacji nie jest spieszno.

Sprawa młodego golkipera naprawdę jest ciekawa. Rzadko bowiem zdarza się, by na poziomie zawodowej ligi w Stanach Zjednoczonych miejsce w pierwszym składzie w bramce wywalczył sobie nastolatek. Nie można podważyć w żaden sposób jego talentu. Nawet jeśli ktoś uzna, że MLS to liga „ogórkowa”. Grając, a nie tylko debiutując, jako nastolatek w jakiejkolwiek lidze, z szeroko rozumianej cywilizacji piłkarskiej, musisz coś sobą reprezentować. Czy w takim więc razie, jako kibice reprezentacji, powinniśmy się martwić, że tracimy talent? Moim zdaniem nie.

Po pierwsze (i trzeba to wyraźnie zaznaczyć) – nie tracimy Słoniny. W świetle nowych przepisów, aby „zaklepać” sobie reprezentację, trzeba zagrać w więcej niż 3 meczach o punkty. Mecz z Bośnią i Hercegowiną jest spotkaniem towarzyskim, nieco przypominającym dawne zgrupowania ligowe kadry Polski. Totalnie jednak od tego abstrahując, założyć trzeba, że dla bramkarza Chicago Fire przyjęcie powołania jest deklaracją. Utrata każdego talentu, kosztem innej reprezentacji może (choć nie musi) być dużą stratą. Po prostu trudno jest przewidzieć rozwój konkretnego zawodnika. Nie ma jednego schematu. Może się okazać, że Słonina to, co najlepsze już pokazał. Równie dobrze może się okazać, że zostanie najlepszym bramkarzem świata. W dalszym ciągu jednak są to tylko i wyłącznie rozważania publicystyczne. 

Przechodząc do konkretów. Dlaczego uważam, że nie powinniśmy się martwić? Na utalentowanego golkipera, w kontekście reprezentacji popatrzeć można:

A. Przez pryzmat konkurencji

B. Przez pryzmat innych talentów polsko-amerykańskich

Kłopot bogactwa

Na początek mamy dla was małe zadanie. Ile razy w ciągu swojej przygody z oglądaniem piłki w polskim wydaniu usłyszeliście zdanie „polska szkoła bramkarzy”. Przyznam się, że ja nie zliczę, a pierwszy raz usłyszałem o niej chyba jeszcze za czasów Dudka w Liverpoolu. Czy nadal szkolimy dobrych bramkarzy? Złośliwi, patrząc na problemy z obsadą bramki w młodzieżówkach mogą powiedzieć, że tak. Trzeba jednak pamiętać, że na dobrą sprawę, wystarczy dwóch ponad przeciętnych bramkarzy w zbliżonym wieku, by mieć obstawioną pozycję na lata. Żeby nie być gołosłownym, lista potencjalnych bramkarskich „kotów”(odkładając na bok ich dotychczasowe kariery):

  • Bartłomiej Drągowski
  • Kamil Grabara
  • Radosław Majecki
  • Jakub Stolarski
  • Jakub Ojrzyński
  • Marcin Bułka

A to i tak tylko przykłady, które jako pierwsze przyszły do głowy. Czy są na tej liście bramkarze słabsi od Słoniny? Pewnie tak. Czy są lepsi od niego? Też nie można tego wykluczyć. Do czego jednak zmierzam? Do tego, że można być dobrym w swoim fachu, a i tak pełnić rolę tylko tego siedzącego na ławce. Za przykład niech posłuży Łukasz Skorupski. Jeszcze nie tak dawno był młodym zdolnym z Górnika Zabrze, który wyjeżdża na podbój Serie A. Dziś ma trzydziestkę na karku i dalej nie jest traktowany jako potencjalny numer 1 w reprezentacji. Nie wiem, czy ktokolwiek pamięta, ale Grzegorz Sandomierski w Jagiellonii Białystok też debiutował jako nastolatek. Był nawet w kadrze na EURO 2012 i cóż… Jego kariera chyba nie spełniła narzuconych oczekiwań. Z drugiej strony mamy Łukasza Fabiańskiego, który tak naprawdę dość późno zaczął być numerem 1 w klubie, bo wcześniej był przyspawany do ławki Arsenalu. Nie ma po prostu reguły na bramkarską karierę, a zawsze przecież wyskoczyć może ktoś niespodziewany, kto w dobrym miejscu i czasie zabłyśnie formą. Dlatego uważam, że mamy w kim wybierać teraz i za kilka lat też będziemy mieli ból głowy, nawet jeśli Słonina w naszej kadrze nie zagra

Oczywiście, jeśli za kilka lat okaże się, że mamy posuchę na pozycji bramkarza a Słonina zrobi karierę porównywalną do Tima Howarda, możecie mi wytknąć, że się nie znam.

Made in USA

Nie sposób pewnie zliczyć, ilu zawodników grających w Stanach Zjednoczonych, w różnym wieku, ma polskie korzenie. Skupmy się jednak na takich, które przykłady w ostatnich latach były medialne. Cenionego w USA i ostatnio za sprawą Kanału Sportowego i TVP w Polsce, eksperta i ex piłkarza Janusza Michallika, ze względu na zamierzchłość czasów pozwolę sobie pominąć.

Polsko-amerykańskie talenty w ostatnich latach:

  • Danny Szetela
  • Mattew Miazga
  • Chris Wondolowski
  • Anderw Konopelsky*

Kibicom, którzy nie wiedzą kim jest Anderw Konopelsky podpowiadam: to piłkarz z rocznika 87′, który został powołany w 2006 roku przez Michała Globisza na młodzieżowe EURO rozgrywane w Polsce. Zapowiadany był jako ogromny talent, a ostatecznie nie zagrał nigdy na poziomie MLS, ale za to grał w ekstraklasie Cypru Północnego. Trzeba przyznać, że mimo iż to ciekawy kierunek, nie można o nim powiedzieć, by był prestiżowy. Przykład Konopelsky’ego podaję jako ciekawostkę*

Dannego Szetelę do gry w reprezentacji polski ponoć miał namawiać Ebi Smolarek, który grał z nim razem w Racingu Santander. Ostatecznie 6 minut w towarzyskim meczu USA – Szwajcaria zamknęło drogę środkowego pomocnika do polskiej reprezentacji (wtedy taki występ już był równoznaczny z wyborem reprezentacji). W kadrze „Jankesów” zagrał jeszcze tylko raz. W Hiszpanii nigdy nie wystąpił w meczu ligowym, przeniósł się do Brescii, która występowała w Serie B, by za jakiś czas powrócić do MLS. Nękany kontuzjami odłożył sport na bok i grał w mniej prestiżowych ligach w USA. Ostatnio było o nim głośno, gdy w 2014 roku został zawodnikiem reaktywowanej, legendarnej marki New York Kosmos. Kariery na miarę oczekiwań nie zrobił i szybko o nim w naszym kraju zapomniano.

Mattew Miazga miał epizod w polskiej młodzieżówce. Zagrał w niej jeden mecz. W młodym wieku robił furorę w New York Redbull. Dobre występy zaowocowały nawet transferem do Chelsea. Do polskiej kadry wpychano go niemal na siłę, wyobrażając sobie jaki to duet nie do zatrzymania stworzy z Kamilem Glikiem. Sam zawodnik bardzo długo zwlekał z decyzją, ostatecznie jednak zdecydował się na grę w USA, w której zadebiutował w 2015 roku. W późniejszych latach z jego grą w reprezentacji bywało różnie. Na ten moment dla „Jankesów” rozegrał 15 meczów. Licznik w Chelsea zatrzymał się na dwóch ligowych występach, choć formalnie dalej jest zawodnikiem londyńskiego klubu, z którego wypożyczany był już do 5 drużyn. Aktualnie jest zawodnikiem Deportivo Alaves.

O Chrisie Wonodolowskim mówiło się chyba najmniej, jeśli chodzi o jego ewentualną grę w reprezentacji. Oczywiście, zdawano sobie sprawę z tego, że gdzieś za Oceanem występuje taki zawodnik, lecz chyba nigdy nie myślano poważnie o tym, by sprawdzić go w koszulce z orzełkiem na piersi. Głownie przez to, że jego talent rozbłysnął dość późno, bo etatowo gole w MLS strzelać zaczął dopiero w wieku 27 lat. Jest jedną z legend ligi, zdobył w niej ponad sto bramek.

Różnie te kariery można oceniać, a sprowadzić je można do jednego mianownika. O żadnym z tych piłkarzy nie można powiedzieć, że byłby murowanym kandydatem do gry w pierwszym składzie i historia pokazała, że strata każdego z tych piłkarzy nie powinna w żaden sposób boleć. Chociaż pewnie, w momencie skończenia kariery reprezentacyjnej przez Glika, ktoś zauważy, że lukę w obronie moglibyśmy załatać Miazgą, który przecież wciąż ma szanse być znaną postacią w europejskim futbolu.

Jak będzie ze Słoniną? To się okaże. Jak wspomniałem wcześniej, nawet debiut przeciwko Bośniakom nie zablokuje mu drogi do reprezentacji. Jednak nawet, jeśli by się okazało, że USA „wygra” o niego walkę na dobre, to uważam, że jako piłkarska nacja, nie powinniśmy się tym przejmować. Młodemu bramkarzowi życzę oczywiście jak najlepiej, choć jednocześnie mam nadzieje, że nie zostanę drugim Trzeciakiem, który mówił że „Nie potrzebny Lewandowski, jak mamy Arruabarrene”.

Michał Piwowarczyk

Fot. WGN-TV