Diabeł, nie trener? – nieudana przygoda Andrzeja Szarmacha w Zagłębiu Lubin

Share on facebook
Share on twitter
Szarmach+

W historii ekstraklasy piętnastu piłkarzy, którzy zostali medalistami mistrzostw świata prowadziło polski zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jedni jak Geza Kalocsay, Paweł Janas czy Henryk Kasperczak osiągali ze swoimi drużynami sukcesy, a inni jak Grzegorz Lato czy Lesław Ćmikiewicz nie mogli wzbić się ponad przeciętność w swojej trenerskiej drodze. Jedną z nadziei polskiej myśli szkoleniowej miał być napastnik legendarnej jedenastki ,,Orłów Górskiego”, Andrzej Szarmach, który po latach spędzonych we Francji wrócił w 1998 r. do Polski, by poprowadzić Zagłębie Lubin.

Andrzej Szarmach po udanej karierze piłkarskiej we Francji w barwach takich klubów jak Auxerre czy Guingamp, w 1987 r. zawiesił buty na kołek i postanowił zapisać się na kurs trenerski. Po dwóch tygodniach nauki w Centralnym Ośrodku Szkolenia w Vichy po Szarmacha zgłosił się dyrektor sportowy Clermont Foot, Claude Pelissier, który zaproponował mu stanowisko grającego trenera w trzecioligowym klubie. ,,Diabeł” przyjął ofertę, ale zastrzegł, że będzie pojawiał się na murawie, tylko gdy będzie taka potrzeba. Jak się okazało, z powodu licznych kontuzji w drużynie Szarmach grał na tyle dużo, że w 23 ligowych meczach, w których aktywnie brał udział, zdobył 17 bramek i został królem strzelców III ligi.

W pierwszym sezonie jako szkoleniowiec Clermont Foot udało mu się wywalczyć awans do Ligue 2. Nowy prezes na fali entuzjazmu złożył we francuskiej federacji wniosek o przyznanie klubowi statusu zawodowego, co generowało dodatkowe koszty związane z podatkami, pensjami i kontraktami. Klub w kilka miesięcy po uzyskaniu promocji splajtował i po rundzie jesiennej wycofał się z rozgrywek. Szarmach spadł jednak niczym kot na cztery łapy i szybko znalazł nową przystań – Chatearoux. Po dwóch latach pracy z trzecioligowcem awansował ponownie do Ligue 2. Po odejściu ówczesnego prezesa klubu, Michela Denisota do PSG, kontrakt z Szarmachem nie został odnowiony. W 1991 r. Szarmach rozpoczął czteroletnią przygodę z trzecioligowym Angouleme, który jednak w porównaniu do poprzednich zespołów był w głównej mierze amatorski. Z kadrą, która składała się z kelnerów, listonoszów, czy policjantów nie udało mu się wykręcić tak dobrych wyników jak z Clermont Foot czy Chatearoux. Szarmach odpoczął od piłki na dwa lata, aż do momentu, kiedy późną jesienią 1997 roku zadzwonił do niego prezes Zagłębia Lubin, Andrzej Krug.

Dla byłego napastnika reprezentacji Polski telefon od prezesa klubu z ekstraklasy był dużym zaskoczeniem. Wcześniej pracował we francuskich trzecioligowcach, nie spodziewał się, że będzie mógł się podjąć takiego wyzwania. Prezes Krug widział w nim jednak fachowca, który poukłada zespół znajdujący się w kryzysie. Aura medalisty mundialu miała też przyciągnąć kibiców na zapyziały stadion w Lubinie.

Od sezonu mistrzowskiego 1990/1991, Zagłębie tylko raz zagrało w kwalifikacjach do europejskich pucharów, a tak było zwykłym ligowym średniakiem z tendencjami walki o ligowy byt. Szarmach przejmował zespół w styczniu po Pawle Kowalskim, kiedy ,,Miedziowi” znajdowali się na 16. miejscu, w strefie spadkowej. Nowy trener Zagłębia po 17 latach spędzonych na obczyźnie szybko musiał przystosować się do nowej rzeczywistości w Polsce. Wyjątkowym utrudnieniem w pracy jako ,,strażaka” był brak wiedzy na temat warunków i specyfiki polskiej ligi. Choć szkoleniowiec śledził rozgrywki we Francji za pomocą dekodera sprowadzonego z Polski, to jednak obraz w telewizji różnił się od rzeczywistości, która działa się na boisku.

Lata 90. w naszym rodzimym futbolu były przesiąknięte korupcją. Sam Andrzej Szarmach przekonał się o tym jak wygląda kupowanie meczów podczas ligowego spotkania z Amicą Wronki. Przed meczem do trenera Zagłębia podbiegł ,,jasnowidz”, który przepowiedział mu, że Amica wygra 1:0. I faktycznie, tak się stało. Po tym jak sędzia nie odgwizdał prawidłowych bramek dla Zagłębia, zespół z wielkopolski wygrał mecz w doliczonym czasie gry. Piłkarze Zagłębia po meczu powiedzieli swojemu trenerowi, że tym ,,jasnowidzem” był Ryszard F., czyli ,,Fryzjer”, szara eminencja polskiego futbolu.

Przed startem rundy wiosennej klub opuścił reprezentant kraju, Radosław Kałużny, który odszedł do budowanej za wielkie pieniądze Bogusława Cupiała Wisły Kraków. Postać Andrzeja Szarmacha skusiła jednak wielu piłkarzy do przeprowadzki do Lubina. Jednym z nich był późniejszy idol lubińskiej publiczności, Arkadiusz Klimek, który przyszedł ze Stomilu Olsztyn. Napastnik o okolicznościach swojego transferu opowiadał w ,,Tempie”:

– Dokładnie przeanalizowałem wszystkie argumenty. Nie ukrywam, że istotna była strona finansowa kontraktu, lepsza od tego co miałem w Olsztynie. Przed runda wiosenną Zagłębie było na trzecim miejscu od końca, ale z niewielką stratą do rywali. Miałem ten komfort, że już wiedziałem kto zasili zespół […] Jego obecność była dla mnie magnesem. Kiedyś występował on na mojej pozycji. Był jednym z największych fachowców na całym świecie. Ja mimo dobrych warunków fizycznych nie jestem specjalistą od gry głową. To jest wręcz mój mankament. Wciąż mam nadzieje, że Szarmach choć w części będzie mógł mi przekazać swoje umiejętności zachowania się na polu karnym rywali.

Aura medalisty mundialu i Igrzysk Olimpijskich miała natchnąć zawodników do lepszej gry i wiosną faktycznie tak było. ,,Miedziowi” na czele z Piotrem Przerywaczem, Radosławem Jasińskim (wicekról strzelców ligi) i Bogusławem Lizakiem (któremu Szarmach przepowiadał reprezentacyjną przyszłość) wygrali siedem spotkań, zremisowali trzy razy, a goryczy porażki zaznali siedmiokrotnie. Na koniec sezonu podopieczni Szarmacha zajęli bezpieczne 13. miejsce z przewagą pięciu punktów nad strefą spadkową. Niby nie ma wyniku ,,wow”, ale cel przez szkoleniowca został zrealizowany: spokojne utrzymanie.

Po zakończeniu rozgrywek odbyły się wybory na nowego prezesa Zagłębia Lubin, które wygrał Jacek Kardela. Znajomość trenera z świeżo zatrudnionym prezesem nie rozpoczęła się najlepiej. Jak opowiedział Szarmach w książce ,,Diabeł, nie Anioł” już na pierwszej rozmowie podał Kardeli na kartce listę zawodników, których chciałby widzieć na drużynie. Na liście życzeń znalazł się bramkarz, napastnik, a także libero, czyli stoper grający najbliżej bramki. Określenia libero użył w sensie stricte pozycji na boisku, bez wymienienia o kogo chodzi. To właśnie wtedy doszło do nieporozumienia, które rozpaliło konflikt między stronami:

Bramkarza możemy kupić od razu, napastnika chyba też. Ale ten libero jak ma na imię? Gdzie gra?

Odpowiedź prezesa Kardeli zszokowała Szarmacha, który nie mógł uwierzyć, że włodarz Zagłębia pomyślał, że libero to nazwisko piłkarza. Ale to delikatne nieporozumienie było tylko wierzchołkiem góry lodowej. Dwa dni później Kardela zwolnił dwóch dotychczasowych asystentów Szarmacha: Janusza Kubota i Tadeusza Wiśniewskiego. W ich miejsce zatrudnieni zostali ludzie uważani przez trenera ,,Miedziowych” za ucho i oko prezesa. Szarmach sprzeciwił się temu ruchowi i postawił Kardeli ultimatum, że jeśli jego asystenci nie zostaną, to on też odejdzie z klubu. Kubot i Wiśniewski zostali w klubie, ale nie na stanowiskach asystentów. Prezes dał do zrozumienia zbuntowanemu szkoleniowcowi, że jego umowa z Zagłębiem jest ważna przez rok i na tym zakończy rozmowę.

Na początku września Szarmach gryzł się z myślami czy zostać w klubie, jednak przeczuwał, że zwolnienie jest kwestią czasu. Drużyna po sześciu kolejkach z zaledwie pięcioma punktami zajmowała 14. pozycję w tabeli. Media rozpisywały się na temat potencjalnych następców. Według trenera, prezes organizował klub po swojemu, eliminując po kolei nieprzychylnych mu ludzi. Coraz bardziej Szarmachowi doskwierało też zdrowie. Przez kłopoty z sercem trafił na kilka dni do szpitala. Po opuszczeniu ośrodka złożył w gabinecie prezesa zwolnienie lekarskie i 23 września odszedł z klubu, nie informując zawodników o tym, że nie poprowadzi następnego meczu z Ruchem Chorzów.

Prezes Zagłębia zareagował bardzo ostro i nazwał Szarmacha w mediach szczurem uciekającym z tonącego okrętu. Kardela tłumaczył na łamach ,,Piłki Nożnej”, że numer statystyczny choroby na zwolnieniu lekarskim oznaczał grypę spowodowaną niewiadomym wirusem, a nie problemy z krążeniem. Szarmach według działaczy Zagłębia miał także psuć atmosferę w zespole i odstawić od zespołu czołowych piłkarzy, którzy stawili jego trzon w poprzednim sezonie – Kędziorę, Przerywacza i Jasińskiego. Na odpowiedź Szarmacha nie trzeba było długo czekać, bo w tym samym numerze ,,Piłki Nożnej” ujawnił, że po spotkaniu z GKS-em Katowice z poprzedniej kampanii, w szatni doszło do rękoczynów pomiędzy zawodnikami. W konflikt prezes-trener postanowili zaangażować się także piłkarze. Jeden z nich, Wojciech Górski nie zostawił suchej nitki na byłym trenerze. Po meczu z Ruchem Chorzów stwierdził, że Szarmach był lepszym piłkarzem niż jest trenerem, a także dodał, że były już szkoleniowiec źle przygotował drużynę do rozgrywek. Legendarny napastnik reprezentacji Polski w wywiadzie dla ,,Piłki Nożnej” przygotował dla swojego byłego podopiecznego ostrą ripostę:

– To ograniczony chłopak, który jedyne, co potrafi, a i to nie do końca dobrze, to gra w piłkę. Gdyby tylko chciał, mógłby być czołowym polskim piłkarzem. Jednak przy jego niehigienicznym trybie życia jest to zwyczajnie niemożliwe.

Szarmach uważał, że zarząd celowo napuszcza piłkarzy na niego, żeby popsuć jego wizerunek, a prezes Kardela uważał, że legenda polskiego futbolu działa w komitywie z byłym włodarzem, Andrzejem Krugiem. Po tygodniach wzajemnego oskarżania się w mediach, Zagłębie zatrudniło w roli trenera Mirosława Jabłońskiego, który z zespołem finiszował na ósmej pozycji w tabeli. Jak się okazało zamiana ,,diabła” na trenera o iście anielskim usposobieniu wyszła ,,Miedziowym” na dobre.

Andrzej Szarmach chciał w Polsce swoją trenerską pracą pomóc nowym pokoleniom piłkarzy. Faktycznie, za jego czasów w Zagłębiu swoje szanse otrzymali Dariusz Żuraw, Mariusz Lewandowski czy Andrzej Niedzielan, którzy w późniejszym etapie trafili do zagranicznych klubów, a później zadebiutowali w reprezentacji Polski. Ale to był właściwie jedyny pozytyw za jego kadencji w Lubinie. Poza jednym z najbardziej szalonych meczów w historii ligi z Odrą Wodzisław Śląski (4:4) zostanie zapamiętany z absurdalnego konfliktu z prezesem i piłkarzami.

Przed powrotem do Francji otrzyma jeszcze ofertę od GKS-u Bełchatów, ale grzecznie odmówi. W swojej biografii przyzna, że irytowała go ówczesna mentalność piłkarzy, a także widok trenerów siedzących na trybunach na stadionie w Lubinie, którzy tylko czyhali na jego potknięcie. Zmęczony polską piłką wyjedzie do Francji, poprowadzi III-ligowy Auriliac, a po dwóch latach poświęci się usługom menedżerskim. Będzie kolejnym przykładem osoby, która zrobiła niezłą karierę jako piłkarz, ale nie odnalazła się na poważnym poziomie jako trener.

Bibliografia:

Jacek Kurowski, Andrzej Szarmach: Andrzej Szarmach. Diabeł nie anioł. Wydawnictwo Dolnoślaskie, 2017.

Piłka Nożna Nr 40/ 1998 – https://pilkanozna.pl/index.php/Wydarzenia/Ekstraklasa/1010713-retropn-ligowe-problemy-czyli-gdzie-diabe-nie-moe.html

https://wama-sport.pl/aktualnosci/pilka-nozna/wama-sport-historia-arkadiusz-klimek1998-polowanie-na-szczupaka