Derby Wielkopolski pełne emocji – Ogródek Warty zakwitł na zielono!

20250920_142436

Kto w sobotnie południe zjawił się na stadionie przy Drodze Dębińskiej 12, z pewnością nie pożałował wyboru. Emocjonujący mecz pomiędzy niepokonaną od siedmiu tygodni Wartą Poznań a Sokołem Kleczew zakończył się zwycięstwem gospodarzy 3:2.

Sobota, godzina 12:00, pierwszy ciepły dzień od dłuższego czasu i promienie słońca nadające światu kolorowych barw – czy istnieją lepsze warunki, by obejrzeć mecz piłkarski? Na pewno nie na stadionie popularnie nazywanym „Ogródkiem”, czyli kameralnym obiekcie Warty Poznań, mogącym pomieścić 2500 widzów. Tak samo zresztą pomyślało wielu fanów zielono-białych – już we wtorek wszystkie bilety zostały wykupione. Nic w tym dziwnego – Warta wróciła do Poznania dopiero 2 tygodnie temu, po aż 7 latach rozgrywania domowych spotkań w Grodzisku Wielkopolskim, a i okazja do pojawienia się na trybunach była nie byle jaka – swoiste derby Wielkopolski przeciwko Sokołowi Kleczew, beniaminkowi Betclic II Ligi.

Mecz dość szybko zaczął się układać po myśli gospodarzy. Już po trzech minutach gry sędzia odgwizdał przewinienie Sokoła ok. 20 metrów od własnej bramki. Do piłki podszedł Marcel Stefaniak i technicznym strzałem umieścił ją w siatce, wyprowadzając Wartę na prowadzenie. — Trochę czekałem, żeby strzelić bramkę przed tą publicznością, wcześniej udało mi się tylko w Bielsku-Białej. To świetne uczucie, bo kibice tu są wspaniali, ale najbardziej cieszę się, że udało nam się wygrać trzeci mecz z rzędu — mówił po meczu zdecydowanie najlepszy aktor tego widowiska. Szczególnie, że Stefaniak na bramce się nie zatrzymał – kilkanaście minut później dośrodkował z lewej strony w pole karne rywali, a Marcel Zylla wykończył akcję pewną główką z najbliższej odległości.

Wizualnie od początku było widać przewagę gospodarzy, który prowadzili grę w ataku pozycyjnym i nie dopuszczali piłkarzy Sokoła do szybkich kontrataków, które były ich groźną bronią w poprzednich spotkaniach, w tym tych rozgrywanych całkiem niedawno. — W żaden sposób nie chcę tłumaczyć wyniku ani piłkarzy, ale ważnym czynnikiem w kontekście przebiegu tego spotkania było to, że poprzednie graliśmy 48 godzin temu z Chojniczanką. Nie jest to żadne usprawiedliwienie naszej dyspozycji, ale z pewnością miało to niebagatelny wpływ na naszą mobilność i atakowanie — zwrócił uwagę trener gości, Tomasz Pozorski. Wprawdzie od zakończenia meczu z Chojniczanką do startu wczorajszego spotkania minęło nie 48, a 64 godziny, ale nadal czas na regenerację dla zespołu Sokoła był niewielki i widać to było na boisku. Mimo że piłkarze z Kleczewa robili co mogli, to rozegranie kolejnego meczu na tak dużej intensywności było po prostu niemożliwe.

To jednak nie znaczy, że Sokół nie potrafił sobie tworzyć sytuacji. Stałe fragmenty gry gości przynosiły dużo zamieszania w polu karnym Warty, a Leo Przybylak niejednokrotnie musiał popisać się refleksem przy obronie strzałów. Niezwykłym boiskowym sprytem natomiast wykazał się lewy skrzydłowy Sokoła, Oskar Kubiak. Biegnąc podczas kontry lewą stroną boiska najpierw zwiódł Kacpra Lepczyńskiego, po czym przytomnie zauważył złe ustawienie Przybylaka i strzelił w lewy róg bramki z nieoczywistej pozycji. Piłka ku uciesze gości, którzy przyjechali do Poznania kilkudziesięcioosobową delegacją, wpadła do siatki, a Warta do przerwy prowadziła już tylko jedną bramką. — Świetnie weszliśmy w mecz, dominowaliśmy na połowie przeciwnika i byliśmy gotowi zneutralizować Sokół w momencie straty, bo w tym są najmocniejsi. Później jednak graliśmy zbyt nisko, nie było odpowiedniej presji na piłkę, przez co przeciwnik miał więcej sytuacji, mógł oddawać strzały i zdobywał stałe fragmenty gry. Sokół mimo że przegrywał już 2:0, to dobrze rozgrywał tę fazę meczu, taki miał plan i skutecznie go realizował. Nie da się wygrać wszystkich pojedynków, mimo że zawodnicy za wszelką cenę chcieli coś zrobić, to po prostu coś nie wychodziło — ocenił końcówkę pierwszej części spotkania trener gospodarzy, Maciej Tokarczyk.

Kilka minut po przerwie po raz kolejny dał o sobie znać Marcel Stefaniak. Tym razem najlepiej odnalazł się w polu karnym po wrzutce Filipa Walusia i skompletował dublet, zwiększając przewagę Warty nad rywalami do dwóch goli. — Po raz pierwszy byliśmy w takim momencie, że prowadziliśmy dwoma bramkami. Nie udało nam się utrzymać tego prowadzenia, ale udało nam się wygrać i to jest ważne dla budowy mentalu tej drużyny. Reakcja na stratę bramki była bardzo dobra – od razu po wejściu w drugą połowę zagraliśmy wysoko, taką mamy kulturę gry i udało nam się dzięki temu strzelić trzeciego gola — chwalił swoją drużynę trener Tokarczyk. Ta przewaga nie utrzymała się jednak długo – Sokół dalej stwarzał duże zagrożenie bramki przy stałych fragmentach gry i w końcu udało się jeden z nich zamienić na bramkę. A dokładniej zrobił to… No właśnie, tutaj mamy lekką zagwozdkę – choć wszystkie portale statystyczne podają jako strzelca bramki Macieja Śliwę, według wszystkich obecnych na konferencji ostatni piłkę uderzał Nikodem Stachowicz, dlatego i my przypiszemy tego gola młodemu zawodnikowi wypożyczonemu z Lecha Poznań.

Ostatni kwadrans meczu był już bardzo nerwowy dla kibiców gospodarzy. Inicjatywę w ataku przejął zespół z Kleczewa, a Warta przeszła do głębokiej obrony. Choć kilkukrotnie Sokół próbował wprowadzić trochę chaosu w defensywę rywali, to te próby szybko były kasowane przez dobrze dysponowanych obrońców zielono-białych. W doliczonym czasie gry do główki na czystej pozycji doszedł jeszcze Michał Zimmer, ale postanowił odgrywać piłkę na długi słupek – ta sztuka się nie udała, a goście stracilibyśmy ostatnią okazję do wywalczenia remisu. Zwarte szyki obronne Warty triumfowały, a trzy punkty zostały przy Drodze Dębińskiej. — Nie zgodzę się, że zagraliśmy końcówkę słabo. Gra w obronie niskiej też jest fazą meczu, nie boimy się tej obrony, oczywiście chcemy grać wysoko, jesteśmy w tym skuteczni, ale „zjeżdżając” do obrony niskiej mamy wystarczająco dużo jakości, by nie cierpieć w tej fazie, wiemy jak się zachować, by grać w zorganizowany sposób — skomentował szkoleniowiec Warty.

Na konferencji nie zabrakło też przyjacielskich uszczypliwości między trenerami, po tym jak zapytany o ocenę pracy sędziów został Tomasz Pozorski. — Nigdy po meczu nie okazuję niezadowolenia z tego faktu – tak samo jak my, czy piłkarze na boisku popełniają błędy, tak samo i sędziowie, piłka nożna to gra błędów. Kluczem jest to, by u każdej z tych stron ilość pomyłek była jak najmniejsza. No, ale żeby nie było tak kolorowo – uważam że doliczenie czterech minut w drugiej połowie, tak obfitej w interwencje fizjoterapeutów, to było zbyt mało, ale najwyraźniej sędzia liczył to lepiej ode mnie — odpowiedział szkoleniowiec Sokoła. Szybką kontrą na te słowa popisał się Maciej Tokarczyk. — Tak pół-żartem, pół-serio mogę powiedzieć, że nawet gdyby sędzia doliczył więcej minut, to i tak nie stracilibyśmy bramki — zripostował z uśmiechem trener Warty. Choć ta sympatyczna wymiana zdań odbyła się z pełną klasą, to trzeba przyznać szczerze, że w ostatnich minutach Patryk Świerczek trochę stracił kontrolę nad przebiegiem spotkania. Trzy żółte kartki pokazane po 80. minucie spotkania zawodnikom Warty wywołały na trybunach dużą dezaprobatę, tym większą, że piłkarze gości również mogli w tym czasie zostać napomniani… A nie zostali.

Dla Warty była to trzecia wygrana ligowa z rzędu, coś niespotykanego od… 2020 roku! Wówczas, jeszcze w Fortuna I Lidze, najstarszy klub z Poznania pokonał kolejno GKS Bełchatów, Wigry Suwałki i Radomiaka Radom. Przede wszystkim jednak dzięki temu zwycięstwu udało się potwierdzić dobrą formę drużyny i wyjść z dolnej połowy tabeli, którą Warta okupowała po dość nieprawym starcie sezonu i zaledwie 4 punktach w 6 pierwszych meczach. Dobra postawa przed własną publicznością sprawa, że zwiększa się szansa na zapełnienie Ogródka nie tylko teraz, kiedy wciąż żywa jest tęsknota do występów na tym obiekcie, ale też na regularne osiąganie sold-outów, tak jak i tym razem. Sokół pomimo porażki i nieciekawej pozycji w tabeli zaprezentował się całkiem nieźle w tym spotkaniu i może z optymizmem patrzeć w przyszłość, bo choć terminarz na najbliższe tygodnie nie należy do najłatwiejszych, to zespół z Kleczewa jest w stanie walczyć do końca jak równy z równym o każdy punkt, nawet z drużynami na papierze o wiele mocniejszymi.

Patryk Chyła