Dawid Szulczek: Nie przykładam wielkiej wagi do pozycji na boisku

Share on facebook
Share on twitter
2021.04.23 Chojnice
Pilka Nozna eWinner 2 liga sezon 2020/2021
Chojniczanka Chojnice - Wigry Suwalki
N/z Dawid Szulczek
Foto Piotr Matusewicz / PressFocus

2021.04.23 Chojnice
Football Polish second division season 2020/2021
Chojniczanka Chojnice - Wigry Suwalki
Dawid Szulczek
Credit: Piotr Matusewicz / PressFocus

Najmłodszy posiadacz licencji UEFA PRO w naszym kraju, czyli Dawid Szulczek jest głośnym nazwiskiem na rynku trenerskim, mimo młodego wieku. W ramach cyklu #TrzeźweSpojrzenie trenera Wigier Suwałki przepytaliśmy m.in. o to, jak wzbudza zaufanie wśród ludzi, którzy dają mu pracę? Czy dobrze znosi porażki? Czy nie boi się szybkiego wypalenia zawodowego? Jakie tajemnice ukrywa w sobie styl gry trójką obrońców? Zobaczcie, co jeszcze powiedział nam 31-latek!

Dominik Pasternak (PolskaPiłka.pl): Zaczynałeś bardzo wcześnie w 2013 roku w Górniku Wesoła. To już wtedy wiedziałeś, że chcesz zostać trenerem?

Dawid Szulczek (Wigry Suwałki): Jeśli chodzi o piłkę seniorską, to pobyt w Górniku tylko utwierdził mnie w tym, co chcę robić. Wcześniej miałem też do czynienia z trenerką, ale z juniorami, więc wyglądało to trochę inaczej. W Śląsku Świętochłowice, ówczesny prezes a obecny trener, Damian Malujda zaczął mnie tym tematem interesować w lidze okręgowej. Później trener został zwolniony, a ja wiedziałem, że z tego wielkiej kariery nie będzie i szukałem kolejnego punktu zaczepienia. I tak właśnie znalazłem się w Górniku Wesoła, gdzie mogłem się realizować i był to świetny czas, bo połknąłem wtedy tego bakcyla na piłkę seniorską i już potem to w miarę płynnie poszło.

Z racji bardzo młodego wieku jak na trenera, to muszę zapytać o twoją świadomość na temat tego zawodu. Wielu szkoleniowców przyznaje, że są pracoholikami, niektórym posypały się przez to rodziny. Jak to jest u ciebie? Jak udaje się ci się łączyć sprawy rodzinne ze sportem, bo ze Świętochłowic do Suwałk jest kawałek.

Tak, ja miałem z żoną wcześniej ustalone, że jeżeli będzie propozycja wyjazdu, to ona chce ze mną jechać, dopóki nasze dziecko nie będzie w wieku szkolnym. W Suwałkach mnie bardzo mocno wspiera i wszędzie, gdzie jeździliśmy przez ostatnie lata, to zawsze starała szukać sobie pracy, a aktualnie zajmuje się naszą małą córką.

Patryk Sokołowski w wywiadzie dla Weszło mówił, że znasz większość piłkarzy w 2/3 lidze oraz każdą ich słabą oraz mocną stronę, więc chyba ta nutka pracoholizmu jest.

Ciężko mi stwierdzić, że jest to pracoholizm, bo ja po prostu lubię piłkę, oglądać mecze, analizować je. Podoba mi się wielu trenerów, którzy mają swój autorski pomysł i czasem, gdy niektórych podglądałem, to tworzyłem sobie notatki, czy jakąś listę transferową, i tak to się powoli zbierało. Myślę, że Patryk na pewno przesadził w tamtym wywiadzie, ale pewnie było to spowodowane tym, że w momencie, gdy trafił do Wigier, akurat wcześniej analizowałem mecze Olimpii Elbląg. Stwierdził wtedy, że wiem więcej o nich od niego, a przecież niedawno grał jeszcze w tej drużynie. Tak się akurat złożyło, że oglądałem ich mecze bardzo często i dołożyłem też 3 grosze do tego, że Patryk Sokołowski pojawił się w Suwałkach. Wtedy musiał jeszcze zostać zweryfikowany przez pierwszego trenera na testach, ale ja wtedy uważałem, że ma potencjał na dużo wyższą ligę, bo takich „szóstek” jak on, na tym poziomie nie było. Nie rzucał się w oczy, ale wykonywał świetną pracę w wielu aspektach. Kiedy ktoś śledzi mecz z perspektywy kibica, to zazwyczaj tego nie widzi, ale jeżeli rozkłada go na czynniki pierwsze, to od razu zauważy taką osobę.

Nie boisz się, że z racji tak szybkiego rozpoczęcia pracy jako pierwszy trener, dojdzie w pewnym momencie do wypalenia zawodowego?

Nie, jak kiedyś stracę pracę i będę miał trochę wolnego, to akurat naładuję z powrotem akumulator. Miałem już raz taki okres, że nie miałem kilka tygodni pracy, siedziałem w domu 10/12 dni, ale już później pojechałem na staż i chęci wróciły. Nie boje się tego, bo kocham piłkę nożną. Jeżeli dojdzie do takiego kryzysowego momentu, to po prostu nie podejmę następnej pracy i poświęcę czas rodzinie, żeby zresetować głowę. Na razie jednak czegoś takiego nie mam, oby mnie to nie dopadło, a jeśli już, to jak najpóźniej. Dużo staram się też analizować wywiadów ze starszymi trenerami, w których mówią właśnie o problemach, jakie mogą napotkać na swojej drodze szkoleniowcy. Wolę uczyć się na błędach innych, niż sam je powtarzać.

Jeszcze zostając przy temacie twojego wieku, to bardzo ciekawi mnie to, jak ty zdobywałeś zaufanie wśród prezesów i trenerów klubów. Otrzymałeś szansę pracy w Wigrach Suwałki, jako pierwszy szkoleniowiec w wieku 30-lat, mimo tego, że nie miałeś z tą funkcją wcześniej wiele wspólnego, a na pewno nie na takim poziomie. Dodatkowo zaufano ci w Wiśle Kraków i Stali Mielec. Czym ty w zasadzie przekonywałeś do siebie tych ludzi? Starałeś się wychodzić poza jakieś schematy podczas analiz u trenera Skowronka? Czy jednak wolałeś być takim wzorowym uczniem, który stara się wszystko robić tak, jak wykładowca każe?

Odnośnie do pierwszej części – w drużynach młodzieżowych grałem często z opaską kapitana, w klasie wybierali mnie do trójki klasowej. Byłem osobą, która załatwiała wiele rzeczy dla klasy oraz wypowiadała się na forum. Zazwyczaj robiłem tak, że nie chciałem się afiszować, ale jeśli ktoś mnie o coś poprosił, to po prostu mu pomagałem. Myślę, że taką otwartość nabyłem też dzięki szybkiemu rozpoczęciu treningów i akurat w mojej grupie mieliśmy bardzo dobry kontakt od samego początku i tak to się rozkręciło, że stałem się osobą – nie chcę mówić, że liderem, ale byłem po prostu dla wszystkich. Nigdy nie wychodziłem przed szereg, ale moje cechy charakteru pozwalały mi być jednym z ważniejszych w grupie.

Płynnie też wszedłem w rolę asystenta, bo nie wtrącałem się, jeśli mnie o to nikt nie poprosił. Kiedy już trener o coś pytał, to starałem się pomóc i myślę, że też doceniał wtedy moją pracowitość. Dlatego to sprawiało, że ci pierwsi szkoleniowcy chcieli ze mną pracować i to wrażenie w klubach było dobre. Trenerzy byli ze mnie zadowoleni i cieszyli się z mojej pracy, czuli, że chcę dobrze dla zawodników, stąd też wzrastało zaufanie do mojej osoby.

Cieszę się, że jest taka opinia. Natomiast wiadomo, jak to z tym jest – dziś jest fajnie, a jak przegram kilka meczów, to te głosy się mogą zmienić. Na pewno nie jest też tak, że są same plusy, bo gdyby się głębiej przyjrzeć, to w każdej drużynie miałem jakieś trudniejsze momenty, w relacjach z zawodnikiem bądź pracownikiem, a to wynikało z tego, że zawsze chcę, by wszystko było uporządkowane. Wydaję mi się, że to też procentuje teraz w Wigrach, bo zawodnicy lubią, jak jest wszystko poukładane i panuje dobra organizacja oraz komunikacja w pracy. Do tego dochodzi ciężka praca poparta merytoryką i składa się to na nasze dobre wyniki w tym i w poprzednim sezonie. 

Choć jesteś młodym trenerem, to widać u ciebie zadziorność. Często stawiasz na swoim i potrafisz się obronić jak chociażby na konferencji po meczu ze Zniczem.

Przede wszystkim staram się wypowiadać jasno i klarownie swoje zdanie. Jeżeli w ostatnim meczu z GKS-em Bełchatów – w mojej opinii – byliśmy drużyną dużo lepszą, a w opinii trenera Rachwała odwrotnie, to nie będę się chował, bo mam prawo wyrazić swoje zdanie, tak samo, jak trener Rachwał ma do tego prawo.

Natomiast jeśli chodzi o trenera Misiurę, to skoro on nie chciał wyjaśnić tej sytuacji i do mnie nie podszedł, tylko od razu na konferencji zaczął komentować, to oczywiście chciałem opowiedzieć, jak to wyglądało z mojej perspektywy. Jest też pewnie lekkie zdziwienie, bo w Wigrach jestem trenerem od ponad 50 spotkań i pewnie z 35 szkoleniowcami miałem okazję się spotkać, i żaden wcześniej podobnych problemów do mnie nie miał. Przypadkiem okazałoby się, że ja się nie witam z trenerami i ich nie szanuję? Myślę, że wyszło to bardzo niefortunnie, bo ja naprawdę się z panem Misiurą przywitałem, tylko on był jakiś zamyślony i odniosłem wrażenie, że po prostu mnie nie poznał. Sytuacja była o tyle dziwna, że nie porozmawiał ze mną o tym zanim zaczęła się konferencja, tylko od razu przed mediami. Oczywiście przywitałem się z nim w holu a po meczu chciałem mu podziękować, co widoczne jest na kamerach, a trener uciekł gdzieś tam środkiem boiska w kierunku sędziów, a potem do szatni. Strzeliliśmy gola wyrównującego w końcówce, więc doszły nerwy i może dlatego tak później wyszło.

Nie ma co jednak już tego rozdrapywać. Było, minęło. Chciałem teraz poruszyć temat gry trójką obrońców. U ciebie zazwyczaj na wahadłach grają Elso Brito i Kacper Michalski, czyli nominalni obrońcy. Ostatnio wokół kadry rozgorzała dyskusja, kto powinien występować na tej pozycji, czy piłkarz usposobiony bardziej ofensywnie, czy nominalny defensor. Jak uważasz?

Ja uważam, że Kacper Michalski nie powinien być typowym bocznym obrońcą, bo ma duży ciąg do przodu, potrafi dobrze dośrodkować, umie strzelać bramki i jest na pewno zawodnikiem, który powinien grać w wyższej lidze niż druga. Taka jest też moja wizja na temat wahadłowych, to muszą być ludzie lubiący grać ofensywnie oraz obdarzeni niezłą motoryką. Uważam, że Kacper idealnie pasuje właśnie na wahadło. Nie zawsze jednak występujemy w tym systemie. Ostatnio z GKS-em była czwórka i oczywiście wtedy Kacper gra na prawej obronie, natomiast włącza się do akcji ofensywnych i wtedy wolną przestrzeń na naszej połowie uzupełnia inny piłkarz. Zresztą tak też strzeliliśmy bramkę z Motorem, kiedy Kacper po kontrataku, jako wahadłowy, pokonał bramkarza. To nie jest chyba typowe w takim ustawieniu.

My mamy swoje zadania w tej formacji, dobieramy je pod kątem umiejętności zawodników, bo każdy jest inny. Staramy się ich wady jak najbardziej przykrywać, a zalety uwypuklać. Elso Brito również nadaje się na wahadło, ze względu na swoje predyspozycje. Cieszę się, że drużyna jest chętna do nauki, bo mamy opanowane 2 systemy i nie jest to problem, jeśli musimy dorzucić jeszcze 1. 

Ty, przy doborze składu na ten sezon – bo nie da się ukryć, że masz duży wpływ na to – wybierałeś piłkarzy właśnie pod kątem ich uniwersalności? Bo patrząc na to zestawienie, to nie da się ukryć, że masz choćby wcześniej wspomnianego Michalskiego, który daje szeroki wybór, a także wielu innych piłkarzy, dających dodatkowe opcje w przypadku braków kadrowych.

Co do tej tezy, to jeśli chodzi o grę w defensywie, to wiadomo, że piłkarze ofensywni są bliżej obrony przeciwnika, a defensywni bliżej naszej. My używamy w drużynie nomenklatury pozycji, jednak nie przykładamy do tego wielkiej wagi. Bazujemy głównie na zadaniach, jakie ma wykonać dany zawodnik. Przykładowo – mamy skrzydłowego, który, kiedy nie mamy piłki, jest skrzydłowym, a po przejęciu staje się środkowym pomocnikiem, czy w drugą stronę – mamy napastnika grającego jako najwyżej wysunięty obrońca w fazie bez piłki, a gdy ją mamy pełni rolę rozgrywającego. Nie jest problemem dla moich zawodników przystosować się do kilku ról i też pewnie przyzwyczaili się oni do mojego sposobu pracy.

Choć czasem zdarzają się zaskoczenia u nich jak choćby u Tomka Lewandowskiego. Przez całe życie był stoperem, ma 197 cm wzrostu i zawsze stał najbliżej bramkarza swojej drużyny i w momencie, kiedy my mamy „piątkę”, to ja ustawiam go 70 metrów od naszej bramki, bo wiemy, że przeciwnik świetnie pressuje, a Tomek gra bardzo dobrze głową, więc wysyłamy go w miejsce, gdzie bramkarz ma kopnąć długie podanie. On ma ten pojedynek powietrzny wygrać, żebyśmy przedostali się pod pole karne rywala. Był tym mocno zdziwiony na początku, bo  ma 32 lata i nigdy wcześniej się z tym nie spotkał, ale nagle zaczął to robić i okazało się, że to przynosi skutki. Myślę, że takie właśnie indywidualne zadania dla chłopaków pozwalają się im rozwijać i oni sami widzą, że to ma sens. Jeśli to daje jeszcze korzyści drużynie, to już w ogóle chcą to chętnie wdrażać.

A co jest najtrudniejsze we wpajaniu tego typu rzeczy piłkarzom? Wspominasz o Tomaszu Lewandowskim, który był zaskoczony tym, co kazałeś mu robić, ale inny piłkarz mógłby powiedzieć – co ten gość w ogóle wygaduje – jest w tym jakiś klucz?

Nie jest to trudne. W przypadku Lewandowskiego wystarczyło, że pokazałem mu, jak wyglądało to w zeszłym sezonie z Piekarskim, zobaczył, że to ma sens, wyszedł na boisko i po prostu zaczął się do tego stosować. Trzeba właśnie dać do zrozumienia piłkarzom, że właśnie takie niuanse mogą im pozwolić stawać się lepszymi.

Dawid Szulczek/ Fot. Ślęza Wrocław

Młodzi piłkarze często ciężko znoszą porażki, nawet nie te stricte meczowe, co po prostu życiowe. Ty, jako trener z młodego pokolenia jak do tego podchodzisz? Rozmawiałem z kilkoma szkoleniowcami i jedni starają się maniakalnie analizować na gorąco błędy, drudzy puszczają to w niepamięć. Każdy jak widać, ma swój własny rytuał. Pamiętam, że na jednej z konferencji wspomniałeś o spotkaniu z Chojniczanką, mówiąc, że próbowaliście grać ładnie, a przegraliście 0:4. Widać było jednak takie mocne poirytowanie u ciebie wtedy.

Pierwsze co, to po meczu z Chojniczanką miałem duże pretensje do niektórych piłkarzy, natomiast powiedziałem drużynie, że nie takie mamy DNA i nawet jeśli ktoś czuł się pokrzywdzony, bo sędzia nie zagwizdał karnego, to nie jest moment, żeby odpuścić i być zrezygnowanym na boisku. Wyjaśniliśmy sobie na samym początku naszą mentalność i nieważne, jaki jest w danej chwili wynik, to my mamy koncentrować się na każdej akcji.

To jest takie rozbicie na czynniki pierwsze. O tym mówiłem też przed meczem z Legią w pucharze i widać było efekty tego w tym spotkaniu. Podejście detaliczne przynosi swoje rezultaty + jeśli drużyna nie strzela bramek i traci 5 w dwóch meczach, to co jest naszym problemem? Obrona czy atak? A może jedno i drugie? Więc jeśli właśnie ta druga opcja, to znaczy, że nasze nastawienie do tego spotkania  mogło być niedobre albo że mamy za mało umiejętności, albo obraliśmy złą taktykę.

Ja stosuje otwarty rodzaj komunikacji. Chciałem, żeby piłkarze się na ten temat wypowiedzieli, ale wiem, że nie wszyscy to zrobią szczerze w gronie całej grupy. Dlatego rozdałem im ankiety do wypełnienia anonimowo i według tego później analizowałem ten nieudany początek. Bardzo mi zależało, żeby poznać ich zdanie, całej drużyny, żeby sami spróbowali dojść do odpowiednich wniosków. Myślę, że to jest bardzo ważne, bo ta komunikacja sprawiła, że potem zaczęliśmy wygrywać i jeśli spojrzymy na tabelę za ostatnie 12 meczów, to jesteśmy na 3. miejscu.

Na koniec chciałem zapytać o Pawła Grycmanna, nowego dyrektora szkoły trenerów. Znasz się z nim bardzo dobrze, bo przecież on sam polecił cię trenerowi Skowronkowi, gdy ten szukał asystenta. Jak oceniasz ten wybór?

Paweł Grycmann jest świetnym fachowcem i miałem z nim styczność na AWF-ie przez kilka lat. Miał on też wpływ na to, że obrałem taką drogę trenerską, bo dostrzegł we mnie potencjał i w pewnym momencie przekazał mi drużynę akademicką, z którą jeździliśmy na mistrzostwa Polski. To mnie bardzo rozwijało i pomagało w podejmowaniu decyzji. Po prostu dzięki temu, że widział we mnie potencjał, to potem polecił mnie dalej. Trener w niejednym wywiadzie podkreślał, że zawsze w Polsce uczyliśmy formy ścisłej, a potem przechodziliśmy do gry. Teraz widzą, że to był błąd i powinno to wyglądać odwrotnie. Ja się pod tym w 100% podpisuję, bo przerabiałem to na własnym przykładzie.

 Mamy z trenerem Grycmannem stały kontakt, choć wiadomo ostatnio trochę mniejszy, bo doszło mu sporo obowiązków. Bez wątpienia to człowiek, który zna się na rzeczy. Na pewno da dużo dobrego polskiej piłce i chciałbym dodać jeszcze jedno zdanie w roli podsumowania. Wiem, że czasem wylewał się hejt na trenera Dariusza Pasiekę, natomiast ja, będąc na kursie UEFA PRO, nauczyłem się od niego rzeczy, jakich od innych bym się pewnie nie nauczył. To niesamowicie doświadczony szkoleniowiec, który jest edukatorem z wysokiej półki, mimo tego, co się w Polsce uważa i pisze. Był moim mentorem w mikrogrupie i chciałbym też jemu podziękować, bo pewnie nie jest mu łatwo, gdyż całe zło, jeśli chodzi o szkolenie to zawsze było: PZPN, Boniek i Pasieka, a tak wcale nie jest. Wiem, ile on wkładał w to serca oraz energii i robił przy tym dużo dobrego. Może to jest trochę inne spojrzenie niż ma dzisiaj Paweł Grycmann, niemniej jednak on również szedł tą drogą, której uczą na zachodzie.

Ja ze swojej strony mogę dodać, że ten kurs UEFA PRO, to nie był taki kurs, jaki opisywało się kilka lat temu, że to jest beton i dziadostwo, tylko było dużo merytoryki i wartościowych rzeczy. Nie chcę, żeby to zostało odebrane jako wazeliniarstwo, bo nie muszę się przylizywać trenerowi, ale uważam, że o panu Pasiece również powinno się mówić pozytywnie. Na tych fundamentach trener Grycmann powinien pchnąć to jeszcze bardziej do przodu. Jeżeli za kilka lat powiemy, że szkolenie w Polsce bardzo się poprawiło, to będzie to ogromna zasługa Pawła Grycmanna, ale podwaliny pod to stawał trener Pasieka, bo wiem, ile mnie nauczył.

Rozmawiał Dominik Pasternak