Czy Robert Lewandowski tak naprawdę jest… pechowcem?

ballon-d-or-1360x765

Robert Lewandowski pozornie nie ma czego żałować. Jest powszechnie uważany za jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. Ma na swoim koncie mnóstwo różnych osiągnięć, o których nie trzeba nikomu przypominać. Praktycznie w każdym klubie, w jakim przyszło mu grać, zostawił po sobie ślad w postaci trofeów. Wielu by się tym zadowoliło. Czasem można mieć jednak wrażenie, że Lewemu do całkowitego spełnienia brakuje właściwie tylko jednej rzeczy – Złotej Piłki.

Spis treści:

  • Zły timing
  • W cieniu Karima Benzemy
  • Pechowiec z urodzenia?

Zły timing

Niesamowite wydaje się to, że on tej nagrody jeszcze nie wygrał. Swoją grą zasłużył na to, by tę Złotą Piłkę zdobyć przynajmniej jeden raz. Pewnie by mu się udało, gdyby nie to, że stał się graczem klasy światowej akurat wtedy, gdy w tych najważniejszych kategoriach dominował kosmiczny duet Leo Messi – Cristiano Ronaldo. Oni naprawdę zrewolucjonizowali futbol. Sprawili, że strzelenie, dajmy na to, 30 bramek w sezonie przestało być imponujące. W latach 2008-2021 ta dwójka wygrała prawie wszystkie Złote Piłki. To przez nich tej nagrody nie wygrał jeszcze żaden (!) piłkarz urodzony w latach 90-tych. Jedynym, który wszedł pomiędzy ten duopol, był Luka Modrić w roku 2018.

Lewy miał na to kilka szans. Rok temu pobił rekord strzelonych bramek w jednym sezonie Bundesligi, należący do legendarnego Gerda Mullera. Tygodnik „France Football” zdecydował się jednak wręczyć nagrodę Leo Messiemu, który dopiero co kończył najtrudniejszy sezon swojego życia. To jeszcze nic w porównaniu z tym, co stało się dwa lata temu. Lewandowski miał za sobą wręcz fantastyczny sezon. Dla Bayernu strzelił 34 bramki w 31 meczach Bundesligi. Co ważne, do indywidualnych osiągnięć dołożył drużynowe – pierwszy raz w swojej karierze wygrał Ligę Mistrzów. Zdawało się, że nigdy nie był tak blisko wygranej w plebiscycie.

Traf chciał, że akurat wtedy światem zawładnęła pandemia koronawirusa. Pierwszy raz w ponad 60-letniej historii plebiscytu postanowiono go odwołać. Robert musiał zadowolić się nagrodą Piłkarza Roku FIFA, która – choć była wyróżnieniem – jednocześnie była trochę jak nagroda pocieszenia. Taka prawdziwa wersja mema „mamy to w domu”.

Lepszej okazji ku temu, by wreszcie wygrać upragnione trofeum chyba już niestety nie będzie. Lewandowski za rok skończy przecież 35 lat. Gdyby wygrał w plebiscycie, byłby drugim najstarszym zdobywcą Złotej Piłki w historii (rekordzistą jest Stanley Matthews, który w roku 1956 odebrał to trofeum w wieku 41 lat). Tymczasem nadciąga nowe pokolenie. Tacy piłkarze, jak Kylian Mbappe czy Erling Haaland mają wszystko, co potrzebne do tego, by przez następną dekadę dzielić się nagrodami – tak, jak robili to Messi i Ronaldo. Krótko mówiąc – okres, w którym Lewy realnie mógł zdobyć Złotą Piłkę powoli zaczyna się kończyć.

Lewandowskiemu brak Złotej Piłki w gablocie może zaszkodzić, ale raczej tylko wśród tych, którzy lubują się w porównywaniu zawodników z różnych lat. Wtedy te nagrody – indywidualne bądź drużynowe – z braku laku stają się argumentem. To fajna zabawa, która zresztą jest nieodzownym elementem każdego sportu. W tej zabawie zapominamy jednak o pewnej bardzo istotnej rzeczy – o tym, jaką rolę gra fart. Nie wystarczy być dobrym, trzeba jeszcze trafić na moment, w którym akurat nie ma silnej konkurencji. Takiego farta – i to nie jest deprecjonowanie jej umiejętności – ma chociażby Iga Świątek. Nie miała go z kolei Agnieszka Radwańska, która na swojej drodze notorycznie spotykała siostry Williams czy Marię Szarapową.

Świetnym przykładem są też wszyscy ci wielcy koszykarze z lat 90-tych – Charles Barkley, Karl Malone, czy Patrick Ewing – którzy teraz pewnie mieliby na koncie chociaż jedno mistrzostwo NBA, gdyby nie to, że przyszło im grać w czasach dynastii Chicago Bulls z Michaelem Jordanem na czele.

Jest też druga strona medalu. Złotą Piłkę na swoim koncie ma chociażby Michael Owen – piłkarz dobry, swego czasu nawet bardzo dobry, ale osiągnięciami nie dorasta do pięt Lewandowskiemu. Nie mówiąc już o tym, że tę nagrodę dostał za sezon, w którym strzelił 24 gole…

Płynie z tego jeden wniosek – możesz być świetny, ba, możesz nawet bić rekordy. Żeby być najlepszym, musisz jednak poza umiejętnościami mieć też odrobinę szczęścia.

W cieniu Karima Benzemy

Wracając jednak do tych nagród pocieszenia, jakie w ostatnich kilku latach zbiera Lewandowski, warto wspomnieć też o tegorocznym zdobywcy głównej nagrody. Karim Benzema, bo o nim mowa, od kilku lat razem z naszym rodakiem jest wymieniany w gronie najlepszych napastników świata.

Jeśli Lewandowskiego może coś boleć po tej gali, to chyba właśnie to, że Złotą Piłkę sprzątnął mu sprzed nosa gość, którego dotychczas stawiano z nim w jednym szeregu.

Porównywanie tej dwójki do siebie stało się ostatnio bardzo modne. Łatwo się domyśleć dlaczego – etatowi snajperzy Barcelony i Realu zawsze będą analizowani i podliczani. W niedawno rozegranym El Clasico wątek „Lewandowski kontra Benzema” wręcz dominował. Ciężko powiedzieć, który z nich jest lepszy – na tym poziomie różnice są naprawdę minimalne. Trzeba natomiast przyznać, że Francuz ma na co dzień trochę łatwiej. Gra w drużynie, która wygrywając kilka miesięcy temu Ligę Mistrzów potwierdziła, że jest strasznie mocna. Ponadto, otoczony jest genialnymi zawodnikami, takimi jak ViniciusToni Kroos czy Luka Modrić.

W Barcelonie jest trochę inaczej. Poza Pedrim, który w każdym meczu trzyma całkiem równą formę, naprawdę nie ma kogo wyróżnić. Gavi jest fenomenalny, ale kreacja sytuacji nie zawsze należy do jego głównych zadań. Na skrzydłach Ousmane Dembele – Raphinha ciężko polegać, skoro na 1 genialne zagranie obaj zaliczają po 10 strat. Z boków obrony też nie ma większego pożytku w fazie ofensywnej.

Przy przejściu Lewandowskiego do Barcelony mówiło się czasem, że on jest świadomy tego, że jest to krok w tył względem Bayernu Monachium. Raczej nie spodziewał się jednak, że razem ze swoją nową drużyną nie uda mu się nawet wyjść z fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Robert Lewandowski w Lidze Europy – to zjawisko niezwykle rzadkie. Ostatni raz kapitana naszej kadry mogliśmy oglądać w tych rozgrywkach w roku… 2010. Taki piłkarz zwyczajnie nie pasuje do tego towarzystwa (bądź co bądź drugorzędnego). To tak, jakby Janusz Gajos grał w serialu „Na Wspólnej”.

W pewnym sensie pech Lewego nie kończy się na Złotej Piłce. Pechowe pod pewnymi względami było też przejście do Barcelony – klubu, który od jakiegoś czasu zdaje się być tylko nazwą. Ta nazwa wciąż jest silna – inaczej Lewandowski by tam nie poszedł – lecz poziom sportowy prezentowany przez Barcę systematycznie leci w dół.

To już nie ta ekipa z Messim, Busquetsem i Iniestą. Messi dziś cieszy się życiem w Paryżu, Iniesta powoli szykuje się do zawieszenia butów na kołku, a Busquets, choć dalej jest geniuszem, od jakiegoś czasu zdaje się żyć myślą o Stanach Zjednoczonych.

Z Lewandowskim jest więc trochę tak, jak z naszymi autobusami – raz za wcześnie, raz za późno.

Pechowiec z urodzenia?

Robert jest najlepszym piłkarzem w historii polskiej piłki nożnej – co do tego nie ma raczej wątpliwości. Cytując rapera Łonę, szkoda jednak, że „w tej nędznej miejscówce los go zamknął”. Gdyby Lewandowski urodził się w Hiszpanii, czy w Niemczech, już zapewne świętowałby zdobycie mistrzostwa świata. Może nawet miałby większe szansę na upragnioną Złotą Piłkę.

Nie jest jednak ani Hiszpanem, ani Niemcem. Jest Polakiem. Najlepsze, co kadra dokonała z nim w składzie, to ćwierćfinał mistrzostw Europy. To był ten szczyt możliwości – przeważnie swój udział w wielkich turniejach (do których zwykle docieramy na jego barkach) kończymy po trzech meczach. Jakby się tak zastanowić, Lewy jest w podobnym położeniu, co Zlatan Ibrahimović z czasów gry dla szwedzkiej kadry – różnica pomiędzy nim, a resztą reprezentacji jest tak duża, że stwarza ona istotny problem.

Ranking 5 najlepszych strzelców w historii reprezentacji Polski

Od momentu, w którym Lewy na stałe przebił się do wyjściowej jedenastki Borussii Dortmund, każdy kolejny selekcjoner kadry ma ten sam problem: „jak wyciągnąć maksimum z Lewandowskiego?”

Pierwszy był Franciszek Smuda, z którym Lewandowski pracował już w Lechu Poznań. Choć o tamtym czasie Lewy wypowiada się dość pochlebnie (głównie wspominając potyczki z Manuelem Arboledą, do których zmusił go „Franz”) o Smudzie-selekcjonerze nie miał nigdy zbyt dobrego zdania. Tuż po Euro 2012 udzielił nawet bardzo głośnego wywiadu dla portalu sport.pl, w którym mówił tak:

Na Euro nie wiedzieliśmy, co robić po odbiorze. Wszystko opierało się na indywidualnych akcjach. Gdy rywal zamykał skrzydła, nie mieliśmy pomysłu na rozegranie akcji środkiem. Bo tego nie ćwiczyliśmy.”

Nie tylko ze Smudą miał problemy. W meczu z Danią za kadencji Waldemara Fornalika poprosił o zmianę w 70 minucie meczu, po czym opuścił boisko przy akompaniamencie gwizdów. Ze świeższych historii mamy chociażby słynne „8 sekund ciszy” po meczu z Włochami, czy obraz sfrustrowanego kapitana we wrześniowym spotkaniu z reprezentacją Holandii.

Robert Lewandowski i wywiad po meczu Polska – Włochy (0:2)

Mimo tych wszystkich incydentów, nie można uznać, że Lewandowski jest krnąbrny. Czasem po prostu przemawia przez niego frustracja, która wynika z tego, że on jest niezwykle świadomy tego, co się wokół niego dzieje. Widzi dla reprezentacji inny kierunek – taki, jaki zna z gry w najlepszych klubach w Europie. Tam pobierał lekcje od Jurgena KloppaPepa Guardioli czy Juppa Heynckesa, a więc trenerów, którzy chcą dominować. W kadrze najczęściej dostawał szkoleniowców lubujących się w grze reaktywnej, która jest męką dla takich piłkarzy, jak Lewandowski. Nic dziwnego, że kiedyś chciał nawet zrezygnować z gry w reprezentacji…

Co by tu nie mówić – mamy w swoich szeregach napastnika, o którym marzą praktycznie wszystkie kraje świata. Przez ostatnie 10 lat nie potrafiliśmy go jednak wykorzystać. Nic zresztą nie zanosi się na to, byśmy się nagle nauczyli to robić. Miałeś chamie złoty róg…

Może to nietypowy wniosek, zwłaszcza jeśli mowa o kimś, kto tyle osiągnął, ale Lewemu los wcale nie rozdał takich łatwych kart. Urodził się w kraju, w którym wyjście z grupy na wielkim turnieju to warty odnotowania sukces. Gra dla drużyny, która od kilku lat znajduje się w dołku. Do tego wszystkiego ta pogoń za Złotą Piłką, która najprawdopodobniej skończy się zawodem.

Nie można jednak przykleić mu łatki jakiegoś wiecznego pechowca. Na wszystko trzeba spojrzeć z perspektywy czasu. Jako 18-latek Lewandowski usłyszał, że jego kontuzja mięśnia dwugłowego jest na tyle poważna, że przekreśla jego marzenia o kontynuacji kariery zawodowej. Był wówczas piłkarzem rezerw Legii Warszawa, bez szans na grę w pierwszym zespole. Na domiar złego, w dalszym ciągu przeżywał stratę swojego ojca. Jakby temu chłopakowi powiedziano, że zostanie dwukrotnie mianowany Piłkarzem Roku FIFA, wcale by nie potraktował tego jako nagrodę na otarcie łez. Prawdopodobnie by zemdlał ze szczęścia.

On do wszystkich rekordów i trofeów doszedł niewyobrażalnie ciężką pracą. Zapisał się w historii nie tylko polskiej, ale i światowej piłki. A Ballon D’or? To nic takiego. Jak pokazał Diego Maradona, można być legendą i bez tego.

Stanisław Pisarzewski

POLECANE

tagi