Czas złapać powtarzalność. Co Arka Gdynia zyskała zwycięstwem nad Lechem Poznań?

Autorstwa naszego fotografa

Arka Gdynia do rywalizacji z Kolejorzem przystępowała w bardzo trudnym momencie. Niedzielny mecz gdynianie poprzedzili bowiem dwoma bolesnymi starciami z Górnikiem Zabrze. Najpierw odpadli z rozgrywek o Puchar Polski, ponosząc pierwszą porażkę przed własną publicznością. Natomiast zaledwie trzy dni później lider Ekstraklasy na własnym terenie dał beniaminkowi lekcję futbolu, którą ten zapamięta na długo, wygrywając aż 5:1. 

Nic więc dziwnego, że przedmeczową konferencję prasową zdominował temat mentalności zespołu dowodzonego przed Dawida Szwargę. Choć 35-letni trener zebrał już bezcenne doświadczenie w Rakowie Częstochowa, łącząc ligę z pucharami, teraz mierzy się z nie mniej wymagającym wyzwaniem. Walka o utrzymanie to wprawdzie inny system walutowy niż rywalizacja na arenie międzynarodowej, połączona z grą o najwyższe lokaty w lidze, ale wciąż wiąże się z olbrzymią presją. Tym bardziej że powrotna droga Arki do elity trwała pięć lat i była usłana nie różami, lecz ostrymi kamieniami, o które klub z Trójmiasta kilka razy boleśnie się potykał. Przy Olimpijskiej chcą wreszcie spokoju (rozumianego oczywiście jako zadomowienie się na najwyższym poziomie rozgrywkowym), bez którego rozwój całej organizacji nie jest po prostu możliwy. 

Wreszcie chłodne głowy

Opiekun żółto-niebieskich podczas konferencji zdawał sobie sprawę, że szczególnie w takiej sytuacji trzeba w pełni skupić się na najbliższym spotkaniu, a nie wybiegać w przyszłość. Pytania dziennikarzy o kondycję mentalną piłkarzy beniaminka zdawały się w pełni uzasadnione. W tym sezonie gra gdynian niejednokrotnie sypała się bowiem po stracie pierwszej bramki. Wystarczy wymienić przykłady porażek z: GKS-em Katowice (1:4), Zagłębiem Lubin (0:4), Jagiellonią Białystok (0:4) czy też wspomnianą już konfrontację z Górnikiem. Wobec tego, gdy Lech objął prowadzenie, licznie zgromadzeni kibice mogli mieć duże obawy, czy ich ulubieńcy po raz kolejny nie zejdą z boiska jako pokonani. Gospodarze mieli za sobą obiecujący pierwszy kwadrans, naznaczony grą w odważnym i wysokim pressingu. Po trafieniu Pablo Rodrigueza kontrola nad boiskowymi wydarzeniami zaczęła jednak stopniowo wymykać im się z rąk. 

Tym razem piłkarze beniaminka nie załamali się, z czego bardzo zadowolony był Dawid Szwarga: – Duże brawa dla zawodników. Tym bardziej że realizowali założenia nawet po straconej bramce. Tu dalej była chłodna głowa, energia, intensywność i realizacja zadań. Jestem dumny, że po straconej bramce dalej robiliśmy swoje – stwierdził. Szkoleniowiec podkreślał też, że jego podopieczni w bieżących rozgrywkach mieli w zwyczaju zbyt pochopne i otwarte rzucanie się do odrabiania strat, co później miało opłakane skutki. 

Przełamanie i najlepszy mecz w karierze?

Sam Lech nie zamierzał jednak forsować tempa. Poznaniacy po burzliwym meczu z Rayo, zakończonym w dramatycznych okolicznościach, marzyli, by rozegrać spotkanie spokojnie i na własnych warunkach. Przez długi czas realizowali swój plan bardzo skutecznie, kreując kilka groźnych sytuacji, jak ta, gdy Rodriguez spudłował w dogodnej sytuacji po dograniu Luisa Palmy. W 55. minucie drugą żółtą kartkę obejrzał Timothy Ouma i musiał opuścić plac gry. Arka natychmiast poczuła krew. Już dwie minuty później groźnie na dalszy słupek piłkę wstrzelił Marc Navarro. Po kilkudziesięciu sekundach szczęścia głową spróbował Edu Espiau, nieskutecznie. 

Na tym gdynianie nie zamierzali poprzestać, a ich zryw przerodził się w zabójczy napór. W 64. minucie swego dopiął hiszpański napastnik, gdy po strzale Sebastiana Kerka futbolówka odbiła się od jego stopy i wpadła do siatki. Nie minął kwadrans, a 30-latek cieszył się z hat tricka. Najpierw wykorzystał świetne dośrodkowanie Tornike Gaprindashviliego, a następnie podanie Kamila Jakubczyka, który z zimną krwią wyprowadził kontrę. – Edu kapitalnie pracuje dla drużyny. Nawet jeśli zagrasz słaby mecz, ale pracujesz dla drużyny, to dostaniesz ode mnie kolejne szanse. Edu zawsze wykonywał mocną pracę. Myślę, że to jeden z najlepszych meczów w jego karierze – komplementował swojego napastnika Szwarga.

Być może efektowne zwycięstwo odniesione nad broniącym tytułu Lechem okaże się przełomowym momentem zarówno dla całej drużyny, jak i samego Espiau. Hiszpan przed niedzielą miał na swoim koncie zaledwie dwa ligowe trafienia. Brak skutecznego napastnika obok przeciekającej na wyjazdach obrony to największy mankament MZKS w tym sezonie. Nie jest więc przypadkiem, że Dawid Szwarga tak bardzo chciał zbudować sprowadzonego latem atakującego. Po prostu potrzebuje jego trafień, by Arka zaczęła regularnie punktować. 

Dążenie do powtarzalności

Trenera może też cieszyć przyzwoita postawa jego zespołu w obronie. O ile w pierwszej połowie kunsztem bramkarskim kilka razy musiał wykazać się Damian Węglarz, tak po przerwie jego koledzy dużo lepiej zamykali przestrzenie. – Byłem trochę wściekły po pierwszej połowie, bo zbyt łatwo dopuszczaliśmy Lecha do groźnych sytuacji. Skorygowaliśmy to w przerwie i potem już lepiej broniliśmy własnego pola karnego – zwracał uwagę Szwarga.

Po niedzielnym triumfie przy Olimpijskiej arkowcy mają dużo powodów do zadowolenia. „Twierdza Gdynia” w lidze wciąż pozostała niezdobyta. Bardzo dobry występ zaliczyło kilku zawodników. Poza oczywistym hiszpańskim bohaterem można wymienić chociażby: Jakubczyka, Kerka czy też wprowadzonego z ławki Gaprindashviliego, którego za zespołową postawę w rozmowie z dziennikarzami chwalił Szwarga. Przede wszystkim jednak beniaminek awansował na 10. lokatę i oddalił się od strefy spadkowej na pięć punktów, łapiąc bardzo duży oddech. Niezwykle potrzebny do dalszej, spokojnej pracy: – Będziemy dążyć do tego, żeby w każdym meczu grać na takiej intensywności. To kwestia adaptacji zawodników do ligi, która musi nastąpić. Ale z tym trzeba się zderzyć i spotkać. Dzisiejszy mecz pokazał, że jeśli będzie taka potrzeba, to będziemy w stanie tak pressować przez cały mecz. Ale potrzebujemy czasu, żeby się do tego zaadoptować – tonował nastroje opiekun zespołu z Gdyni. 

Potrzebny impuls

Żółto-niebieskich po przerwie reprezentacyjnej czeka arcyważny wyjazd do Niecieczy. Wszak gdzie indziej mogliby powalczyć o pierwszą w tym sezonie wygraną w delegacji, jeśli nie z najsłabiej punktującą u siebie ekipą? To także dobra okazja ku temu, by przed zimową pauzą wypracować sobie korzystną zaliczkę. Kolejnymi rywalami Arki będą: rozpędzający się Raków, a także Motor Lublin (oba u siebie). 

Dawid Szwarga doskonale zdaje sobie sprawę, że niedzielna wiktoria to dopiero początek drogi do zapewnienia sobie spokojnego ligowego bytu i wobec tego absolutnie nie można odlatywać. – Pokonać mistrza danego kraju to jest zawsze duża rzecz i wielka przyjemność, zwłaszcza dla beniaminka. Więc mam nadzieję, że to będzie taki dobry impuls dla drużyny, który spowoduje, że będziemy z jeszcze większą wiarą szli w tym kierunku, w którym podążamy. I to spowoduje, że złapiemy w końcu taką powtarzalność. Bo to jest rzecz, o którą teraz będziemy walczyć. Super, że dzisiaj wygraliśmy, ale najważniejsza w sporcie jest powtarzalność i to jest teraz dla nas główny cel – zakończył pomeczową konferencję. Jeśli Arka odpowiednio przepracuje przerwę na kadrę, na zimowy sen będzie mogła udać się zdecydowanie spokojniejsza niż zwiastowały to ostatnie tygodnie.

Igor Dziedzic

Fot. Jakub Grzegórzek / polskapilka.pl