Czas tyka, a powodów do optymizmu brak. Oblana próba generalna z Islandią

Share on facebook
Share on twitter
2021.06.08 Poznan
Pilka nozna Reprezentacja Mecz towarzyski
Polska - Islandia
N/z Robert Lewandowski
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus

2021.06.08 Poznan
Football Friendly Match
Poland - Island
Credit: Pawel Jaskolka / PressFocus

Mecz reprezentacji Polski z Islandią miał być próbą generalną przed zbliżającymi się wielkimi krokami mistrzostwami Europy. To miał być najważniejszy test, na który mieliśmy być przygotowani na tip-top. Jak się okazało, był to kolejny poligon doświadczalny dla Paulo Sousy. Kolejny mecz, w którym portugalski selekcjoner testował zawodników i sprawdzał ich przydatność na czempionat. Eksperyment prawie spalił na panewce, bo na sześć dni przed meczem ze Słowacją, zremisowaliśmy z Islandią 2:2. I choć wynik tego sparingu nie ma znaczenia, to styl gry biało-czerwonych był kluczowy. A nie zaprezentowaliśmy nic szczególnego. Byliśmy słabi w obronie, kiepsko kreowaliśmy sytuacje, poza Lewandowskim nikt nie zagrał równego spotkania. Na kilka dni przed turniejem nie mamy nic: formy, zgranego składu i powodów do optymizmu.

Jasne, nie było dziś aż tak fatalnie. Nie można też mówić, że wszyscy zagrali beznadziejnie. Z dobrej strony pokazał się Tymoteusz Puchacz, który asystą przy golu Zielińskiego zrehabilitował się za błąd w pierwszym sparingu z Rosją. Kolejne niezłe wejście z ławki zaliczył Kamil Jóźwiak. Sporo świeżości wniósł Karol Świderski, który zdobył bramkę. Świetnie spisał się w drugiej połowie 17-letni Kacper Kozłowski, który zagrał bez kompleksów jak weteran. I to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywy. Oczywiście jeszcze trzeba wyróżnić Roberta Lewandowskiego, który ciągnął ten wózek z nazwą ,,reprezentacja Polski” przez 80 minut. Momentami współczuliśmy naszemu kapitanowi, że musi męczyć się na boisku z zawodnikami znacznie słabszego kalibru.

Po dzisiejszym spotkaniu ilość minusów zdecydowanie przysłoniła wszystkie plusy. Przede wszystkim, Biało-Czerwoni zagrali kiepskie spotkanie w defensywie. Przyjechali do Poznania Islandczycy, w osłabionym składzie, bez Gudmundssona z Burnley, czy Sigurdssona z Evertonu, wciąż w przebudowie po koszmarnych występach w Lidze Narodów i blamażu w el. do MŚ z Armenią. Miał być niby spacerek, a momentami goście operowali piłką swobodniej niż nasi reprezentanci. Bez problemu wykorzystali proste błędy popełnione przez Biało-Czerwonych w obronie. Przy pierwszej sytuacji, Tomasz Kędziora i Jakub Świerczok nie potrafili wybić piłki, a z nadarzającej się okazji skorzystał Albert Gudmundsson, który musnął futbolówkę przed Wojciechem Szczęsnym. Druga sytuacja to kolejny kabaret. Tym razem krycie zawalił Krychowiak, a Brynjar Bjarnason huknął nie do obrony. Takich błędów nie można popełniać w meczach kontrolnych, a co dopiero na Euro, gdzie każda gafa może odbić się dla nas czkawką, czyli stratą punktów.

Nasz największy sukces w ostatnich latach, czyli ćwierćfinał Euro 2016, zawdzięczaliśmy głównie świetnej grze w obronie, kiedy to w pięciu meczach pozwoliliśmy na stratę zaledwie dwóch goli. Na razie nic na to nie wskazuje, że nasza obrona będzie monolitem. Za Paulo Sousy masowo tracimy bramki, praktycznie w każdym meczu. 3 z Węgrami, 2 z Anglikami, 2 z Islandią, 1 z Rosją. W sumie 8 – tyle goli w tak krótkim odstępie czasu nie traciliśmy od dekady. Co ciekawe, czyste konto zachowaliśmy tylko raz, w starciu z Andorą, czyli jedynym wygranym spotkaniu za kadencji sympatycznego Portugalczyka. Dramat.

Najgorsze jest to, że łatwo prowokujemy rywali do zdobycia bramki. Podpalamy się w najprostszych sytuacjach. Gdy piłka leci w nasze pole karne, nasza defensywa nerwowo reaguje, szczególnie to widać przy stałych fragmentach gry. A to powinno niepokoić, bo zarówno Słowacy, jak i Szwedzi w tym aspekcie są mocni. Na pewno duży wpływ na tak słabą grę w obronie, ma fakt, że Sousa cały czas majstruje przy składzie formacji. W każdym meczu wychodzimy inną trójką obrońców, czego efektem są błędy zawodników w komunikacji. Dziś selekcjoner miał sporo pretensji do swoich defensorów w zakresie wyprowadzenia piłki. Szczególnie kiepsko wypadł Paweł Dawidowicz, który był zdecydowanie najgorszym piłkarzem na placu. Przynajmniej po dzisiejszym teście wiemy, że tego gracza w meczu ze Słowacją na pewno nie zobaczymy.

Do meczu ze Słowacją pozostało 6 dni, a defensywa jest w ciągłej budowie. Atak, w sumie też. Jasne, mamy Lewandowskiego, który z niczego wyszarpie akcję bramkową, mamy Zielińskiego, czy Klicha, którzy są w stanie wymyśleć idealne podanie, Jóźwiaka czy Kozłowskiego, którzy na młodzieńczej fantazji są w stanie zabłysnąć i wnieść do zespołu sporą dawkę energii. A co z resztą? No kiepsko. Nie mamy na co liczyć, jeśli chodzi o ławkę rezerwowych. Frankowski był dzisiaj zainteresowany wyłącznie bieganiem, Świerczok został schowany do kieszeni, Moder zagrał poniżej oczekiwań, Linetty zaliczył niemrawy epizod, a Płacheta nie potrafił wykończyć idealnej patelni od Lewandowskiego. Graliśmy bardzo przewidywalnie, a Islandczycy zbyt łatwo odczytywali nasze ofensywne zamiary. Nawet tak grając ze słabszą od nas kadrowo Słowacją będziemy mieli problem ze sforsowaniem defensywy, jeśli nie poszukamy bardziej kreatywnych rozwiązań.

Na sześć dni przed startem czempionatu mamy tylko powody do niepokoju. Oczywiście, sporo szkód w przygotowaniu do mistrzostw wywołały kontuzje Milika, Piątka, czy Bielika, a więc ważnych graczy w perspektywie całego turnieju. Nic jednak nie usprawiedliwia tak słabych występów przed najważniejszymi meczami w 2021 roku. Na litość, mamy najlepszego piłkarza na świecie, a wciąż gramy anemicznie w ataku i wygraliśmy tylko z Andorą. Tracimy bramki na zawołanie, nawet z będącą w przebudowie Islandią. Przecież w takim stanie taka Hiszpania załaduje nam ,,piątaka”, a Słowacy będą się nam śmiać prosto w twarz w meczu otwarcia. Jeśli nie poprawimy naszej grze w obronie, to na Euro nie mamy czego szukać. Standardowy trójpak – mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor i do domu.

Polska – Islandia 2:2 (Zieliński 34′, Świderski 88′ – Gudmundsson 26′, Bjarnason 47′)