Dzień dobry Panie Mateuszu,
podpinam się pod nośny ostatnio hasztag na Twitterze, a więc #Borowisko, żeby zrobić zasięgi i żeby ten felieton hulał w świecie polskiego futbolowego internetu oraz trollnetu. Miałem ochotę usłyszeć przy okazji tego zjawiska własny głos, a być może także części mojego pokolenia. Główna teza tej osobistej wycieczki brzmi: rewolucja medialna (cyfrowa) pożera własne dzieci niczym w Nie-boskiej komedii.
Też jestem prostym chłopakiem i podzwoniłem w parę miejsc w Dębicy. Miałem lub mam tam swoich ludzi. Wielokrotnie wspominał Pan o tym, że w rodzinnym domu oglądało się sport i dyskutowało całym świecie z dużą kulturą. Nie mogło być inaczej skoro Pana tata to dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury. Pomógł jednemu z moich ludzi w realizacji teatralnych aspiracji, za co ten chłopak do dziś jest wdzięczny.
Wielu prostych chłopaków i dziewczyn, których znam nie miało tyle szczęścia i szansy na to, by wykorzystać takie, a nie inne okoliczności. Mówiąc wprost: urodzili się w rodzinach, w których fundamenty były mniej stabilne, a więc i szanse na medialny awans i karierę były niewielkie zaraz na starcie. Późno poszli na stadion i łyknęli bakcyla (jak ja). Byli i tacy, z którymi ojciec rozmawiał z nimi co najwyżej o tym, że trzeba iść po mleko. Pewnie byli i tacy, których ojcowie – jak w memach – zwiali przy pierwszej okazji.
Z jednej strony mamy udany dom, mocne fundamenty. A z drugiej fakty są takie, że poza tymi bazami – jak powiedziałby dawniej Michał Probierz – start kariery medialnej w Warszawie miał Pan pewnie podobny do pozostałej części Pańskiego dziennikarskiego pokolenia. Za to kiedy przychodzą nowe pokolenia siłą rzeczy pojawiają się napięcia objawiające się często fizycznie na pańskiej twarzy.
Żyjemy w erze trollingu, shitpostu, clickbaitu czy się to Panu podoba czy nie. Adam Sławiński wcale nie pomylił odwagi z odważnikiem, nazywając Mateusza Borka niczym holenderskiego trenera. Zebrał pochlebne opinie za próbę nauczenia pewnego prostego chłopaka z Dębicy, że warto złapać trochę luzu i może bardziej podkreślić ironię niż święte oburzenie.
Istnieje takie określenie jak daddy jokes. To jest najlepsze określenie poczucia humoru, które bawi głównie Pańskie pokolenie. W przypadku generacji Z lub millenialsów słyszących te żarciki pojawia się co najwyżej uśmiech podlany sporą porcją żenady i niedowierzania. Dla pewnych pokoleń młodych dziennikarzy mógł Pan i wciąż może być pewnym wzorem. Niestety, dla części przedstawicieli generacji Z raczej już nie. Internet nie zapomina i nie wybacza, to nie konfesjonał. Wbiliście się jako Kanał Sportowy w światowy trend i znakomicie urośliście, co pokazują liczby. Rewolucja cyfrowa pożarła jednak własne dziecko, w tym przypadku Mateusza Borka.
Okazuje się, że utarte przez lata schematy, populistyczne, banalne hasełka pewnym ludziom już nie wystarczą i wolą czerpać wiedzę z innych źródeł. Panu te schematy wystarczyły do osiągnięcia sukcesu, prawdziwego komentatorskiego szczytu. Wszystko zależy jednak od tego jak się siedzi na tym szczycie. Można mieć pozytywnie wyrąbane na pewne gadki, a można pouczać wszystkich z wyżyn dziennikarskiego intelektu. Żałuję, że często wybiera Pan tę drugą opcję.
Proszę zapytać Michała Pola jak należy ironicznie dystansować się od trollnetu i shitpościarzy. Od ich ocen. Jestem wręcz pewny, że kiedyś o tym gadaliście. Jak to jest, że łysiejący dziennikarz gdzieś funkcjonuje gdzieś między seksistowskim komentarzem o pączkach a śmianiu się z Morfeusza Króla Dupeczek… Myślę, że pewnym prostym chłopakom zwyczajnie brakuje luzu.
Tego luzu życzę sobie, Panu i państwu