Check a DM: Jerzy Engel. Konduktor absurdalnej lokomotywy sportu

Share on facebook
Share on twitter
WARSZAWA HOTEL SHERATON
04.11.2009 KONFERENCJA PRASOWA PZPN
NZ JERZY ENGEL
FOT JACEK PRONDZYNSKI / PRESSFOCUS

W życiu nie ma przypadków, są tylko znaki. Gdyby na stronie TVP Sport obraz nie postanowił zmienić się z HD w mozaikę, nie dowiedziałbym się, że reprezentacja Polski jest prawie na poziomie Włochów – przecież z nimi zremisowaliśmy. Nie wpadłoby mi do głowy, że przeceniamy Holendrów. A przede wszystkim nie mógłbym docenić obrazowej metafory rzeczywistości, w której piłka nożna jest lokomotywą polskiego sportu. Jeśli tutaj odnosimy sukcesy, to wszystkim łatwiej się pracuje… To wszystko podczas meczu z Bośnią i Hercegowiną objawił mi on – Jerzy Engel.

Panie Selekcjonerze,

parę dni po święcie nauczycieli chcę podziękować za te słowa: lekcję języka i historii. Za pięknie opisaną rzeczywistość istniejącą wyłącznie w głowie autora. Za retorykę przypominającą słusznie minione czasy. Dziękuję, naprawdę, nie trzeba było.

Opisana w ten sposób wizja sportu przypomina mi hasła rodem z Polski ludowej. Piłkarstwo polskie lokomotywą polskiego sportu. Gdy wygrywa, wszystkim żyje się lepiej. Ależ takie hasło by się przyjęło po mundialu w ‘82. Szkoda, że mamy 2020 rok. Jasne, piłka nożna wciąż włada (i będzie władać) świadomością mas, nie tylko robotniczych. Generuje największe przychody i oglądalność. Jednak gol Karola Linettego w meczu z Bośniakami nie sprawi, że lekkoatletom łatwiej będzie znieść brak miejsc do treningu. Adam Kszczot i Marcin Lewandowski nie zaczną szybciej biegać po zobaczeniu sprintów Jacka Góralskiego. A zapaśnicy czy dżudocy, gdy zamkną im halę, nie pocieszą się myślą: Milik też przecież nie gra w Napoli.

Wiem, że sprowadzam Pańskie słowa do absurdu, ale nie jest to trudne. Same się proszą. Sukces piłkarskiej reprezentacji Polski nie poprawi stanu mniej popularnych, często zaniedbanych dyscyplin. A chyba najbardziej wkurza mnie w tym zdaniu poczucie wyższości. Oto my, polska piłka, jesteśmy lokomotywą sportu szczodrze obdarzającą pozostałych profitami z sukcesów. Podczas gdy to do tej lokomotywy notorycznie dosypywany jest węgiel, który potrafi szybko pójść z dymem, często bez spektakularnego efektu w postaci międzynarodowego sukcesu. Oczywiście, jeśli takowy się trafi, polski futbol (a raczej nie sport jako całość) sporo zyska. Ludzie, dysponujący danymi i wiedzą decydują o tym, że wysokie, wieloletnie wsparcie dla piłki nożnej po prostu się opłaca. Jednak tak wywyższające się podejście nie sprawi, że łatwiej będzie zrozumieć potrzeby innych, mniejszych dyscyplin. Nie stawia też futbolu w dobrej pozycji wyjściowej podczas ewentualnej dyskusji o – być może bardziej sprawiedliwym – podziale państwowych pieniędzy wydawanych na rozwój dyscyplin. Jeśli już chce Pan rozumieć futbol jako lokomotywę polskiego sportu, powinien on nie tyle chełpić się, że jest pierwszy, co mieć także pewne poczucie odpowiedzialności za pozostałe wagony.

Mówił Pan w emocjach, w końcówce wygranego spotkania z Bośnią i Hercegowiną, dającego pierwsze miejsce w grupie. O tym, że to tylko mecz Ligi Narodów, w którym bardzo długo graliśmy z przewagą jednego zawodnika, możemy na potrzeby tego akapitu chwilowo zapomnieć. Może nie analizował, nie przemyślał Pan swoich słów. Szkoda, że pogłębionej refleksji zabrakło także przy ocenie obecnych możliwości biało – czerwonych na tle Włochów czy Holendrów. Pierwszych to właściwie już doganiamy. Drugich to w ogóle przeceniamy. Ma Pan prawo do takiej opinii. Ja mam prawo powiedzieć, że dla mnie to kompletna bzdura. O reprezentacji Polski też ma Pan zbyt wysokie mniemanie poparte niedocenianiem rywali.

Krytyka Roberta Lewandowskiego za nieobecność na wrześniowym zgrupowaniu kadry, gdy odpoczywał po najlepszym i najbardziej wyczerpującym sezonie w karierze. Podniesienie argumentu, że reprezentacja Polski jest najwyższym dobrem – tak jakby Lewy nie uważał jej za naprawdę ważną sprawę, jako kapitan nie niósł na plecach do mistrzostw świata w Rosji. I wypowiedź, że dla zawodników absolutnym priorytetem powinny być spotkania reprezentacji narodowej, a rozgrywki klubowe mają ich tylko przygotować na mecze kadry. Podobnie jak hasło z lokomotywą, takie poglądy też przypominają lata 80. Hierarchia się zmieniła – futbol klubowy wyprzedza ten reprezentacyjny.

Mam wrażenie, że w pewnych aspektach odjechał Panu pociąg do wiedzy o współczesnym futbolu. Wspominanie awansu z kadrą na mistrzostwa świata w 2002 roku na pewno sprawia przyjemność – zwłaszcza w trakcie komentowania meczu z Bośnią wspólnie z Cezarym Kowalskim. Tylko szkoda, że niewielkiej liczbie osób. A reszta tęskni za niebanalną, rzetelnie uargumentowaną opinią. Na którą, w co wierzę, wciąż Pana stać.

DM