Adam Ciereszko: W Lechu nie musiałem nikomu niczego udowadniać

Share on facebook
Share on twitter
Źródło: Adam Ciereszko

Adam Ciereszko to człowiek, z którym można by przegadać pół dnia, a i tak na koniec trzeba by umówić się na następny dzień, bo nie poruszyliście wielu fajnych tematów. O pracy przy Euro 2012, Igrzyskach Olimpijskich w Londynie, mitycznej małości Poznania, współpracy z Nenadem Bjelicą i o nieodczłowieczaniu piłkarzy. Z byłym fotografem Lecha Poznań i Polskiej Agencji Prasowej, prowadzącym obecnie blog adamciereszko.pl porozmawiał Dominik Stachowiak.

***

Dominik Stachowiak, polskapiłka.pl: Zacznijmy od zdjęć. Od tego, jak to się wszystko zaczęło. Widziałem ostatnio na Twoim fanpage’u zdjęcie starego stadionu przy Bułgarskiej z 1999 roku.

Adam Ciereszko: Pierwszy raz z aparatem na stadionie byłem z tatą. To był mecz z Widzewem, poszliśmy na trybuny. Mam teraz przed oczami zdjęcie Marka Citko zrobione właśnie z wysokości trybun. Zrobiłem to zdjęcie czysto dla przyjemności. Pokazałem to zdjęcie mojemu koledze, który w tamtym czasie był dziennikarzem zajmującym się tenisem, dziś również znanemu w tym środowisku, Michałowi Samulskiemu. Stwierdził „kurczę, fajnie robisz te zdjęcia, to może chciałbyś się przejechać do Warszawy?”. Akredytował mnie przez swoją agencję na turniej Warsaw Cup by Heros. Pojechałem tam na tydzień, a zdjęcia zostały opublikowane w magazynie Tenis. Potem przez innego kolegę i jego tatę udało mi się wejść w kontakt z redaktorem naczelnym Poznańskiego Kalejdoskopu Piłkarskiego Lech Poznań, Wojtkiem Michalskim. Za jego pośrednictwem robiłem pierwsze zdjęcia przy Bułgarskiej. W klubie pojawiłem się kiedy prezesem był Pan Ryszard Dolata, ale krótko potem nastąpiły zmiany, przyszło słynne trio MLS – Radek Majchrzak, Radek Sołtys i Michał Lipczyński. Z nimi współpracowałem po raz pierwszy jako fotograf Lecha Poznań przez rok, półtora. To była taka mniej oficjalna współpraca. Potem miałem kilkuletnią przerwę w zdjęciach i mniej więcej od 2004 roku wróciłem na Bułgarską. Pamiętam, że na takim turnieju towarzyskim (Lech Cup 2003 – przyp. red.) z udziałem Maccabi Tel Awiw, TSV 1860 Monachium i Malagi pojawiłem się pierwszy raz z aparatem po długim czasie. Od tego turnieju zacząłem drogę przez współpracę z nieistniejącym już portalem epoznan.net do nawiązania w 2005 roku współpracy z Polską Agencją Prasową.

Właśnie, dla Polskiej Agencji Prasowej fotografowałeś podczas Euro 2012. To na pewno było duże przeżycie – móc sfotografować turniej takiej rangi we własnym mieście.

Jeśli mogę, to będę odchodził od wątków fotograficznych. Świetną sprawą w przypadku fotoreporterki jest to, że można się znaleźć w sytuacjach czy miejscach, w których zwykli ludzie nie mają możliwości się pojawić. Do samego fotografowania Euro zaraz dojdę, ale z mojej perspektywy bardzo fajne było śledzenie tego procesu. Robiłem zdjęcia od samego podjęcia decyzji o przyznaniu Polsce i Poznaniowi organizacji, aż do turnieju. Byłem częstym gościem na stadionie, widziałem budowę trybun, to jak podnoszono kratownicę. Z mojej perspektywy Euro jest o tyle kluczowym wydarzeniem dla Poznania, że widziałem, jak on się zmienił po turnieju. Nie chodzi tu tylko o inwestycje, które poczyniono. Mam wrażenie, że Poznań bardzo dojrzał jako miasto. Odważę się powiedzieć, że pozbyliśmy się pewnego kompleksu niższości. Pewnego poczucia, które we mnie jako młodym chłopaku, który tu dorastał, kiełkowało – że zawsze byliśmy gorsi od wszystkich możliwych miast. Od Warszawy i Łodzi, to wiadomo, bo to Warszawa i Łódź. Gdańsk to jest piękny, Wrocław jest super, a Kraków to w ogóle poza ligą, a my byliśmy zawsze ci najgorsi.

Mam wrażenie, że Europa w postaci tych kilku nacji, to że obcokrajowcy tu przyjechali i powiedzieli nam, poznaniakom „Wow, ale macie piękne miasto!”, sprawiło, że do nas dopiero dotarło, że faktycznie my to miasto mamy fajne. Zawsze było jakieś „ale”, zawsze było coś nie tak, a dzięki przyjazdowi obcokrajowców dało się pewne bariery przekroczyć. Dlatego mam duży sentyment do Euro i niezależnie od tego czy ta Kaponiera była na czas czy później i tak dalej, to uważam, że była to jedna z najlepszych rzeczy w naszej historii. Stadion też mamy nie do końca doskonały i aż za dobrze zdaję sobie sprawę z jego wielu niedoróbek. Ale lepiej, że w ogóle ten stadion powstał, bo bez niego nie byłoby Euro, nie byłoby tego wszystkiego.

Teraz wystarczy spojrzeć na miasto, na to co się w nim dzieje. Języki obce na ulicy są dla nas czymś naturalnym, a jeszcze 5, 10, 15 lat temu było inaczej, nie mówiąc o studentach. Jeżyce zmieniły się w taką berlińską dzielnicę studentów, gdzie porobiło się pełno fajnych knajpek i jest przyjazna atmosfera, a za czasów mojej młodości funkcjonowało jedno określenie – żeby przeżyć na Jeżycach, trzeba było się tam urodzić. Tek skok był więc niesamowity. A już wracając konkretnie do Euro 2012 i po części do zdjęć… Dzięki współpracy z PAP miałem ten zaszczyt, że fotografowałem nie tylko strefy kibica czy mecze dla jednej redakcji. Zostałem włączony do ekipy, która robiła zdjęcia dla Europejskiej Agencji Prasowej (EPA). To jest takie stowarzyszenie narodowych agencji prasowych, które konkuruje z największymi graczami na rynku, takimi jak Reuters, AP czy AFP. Byliśmy tam w sześcioosobowych zespołach. Ja byłem dołączony do ekipy, która obsługiwała Poznań i Wrocław. Pracowaliśmy w sposób, z którym już nigdy później nie miałem styczności. Byliśmy takimi trybikami w maszynie. Obstawialiśmy cztery narożniki, ja miałem ten pod sektorem gości przy Bułgarskiej. Tam miałem kabel podłączony do laptopa, zrzucałem zdjęcia z aparatu i wszystko od razu leciało do Frankfurtu.

Czyli pełen automatyzm.

Tak. Nie edytowałem, nie opisywałem. Moim zadaniem było sfotografować i wysłać dalej. Fajne doświadczenie, ale przyznam, że wolę mieć większą kontrolę nad tym, co się ukazuje. Moja dusza indywidualisty się tu odzywa. Dla porównania dam Igrzyska Olimpijskie w Londynie, które robiłem dwa miesiące później – tam wszystko miałem pod kontrolą, robiłem wszystko po swojemu, bo byłem jedyny. Pod względem fotograficznym ta formuła bardziej mi pasowała.

A jeśli chodzi o Euro pod względem mentalnym – fajna była taka możliwość przekraczania granic i zderzenia z tymi osobami z innych krajów Europy. Ja byłem tutaj gospodarzem, poczułem się jako człowiek, który miał wtedy zadbać o komfort gości. Miałem w ekipie Czecha, Anglika, Irlandczyka, Szkota i Albańczyka. Pamiętam, że jako pierwszy do Poznania przyjeżdżał Czech, Filip Singer, który w tej chwili pracuje już na stałe w Berlinie w EPA. Bardzo dobry fotograf z wrażliwym okiem i fajny człowiek. Usłyszałem od kolegów, że to gwiazda, która wygrywała konkursy, więc ja tu już z moją poznańską mentalnością poczułem, że ja to taki malutki, a tu gość przyjeżdża z Pragi do Poznania. Niebo a ziemia.

Innymi słowy dopadło Cię poczucie małości.

Tak. No i stoję na tym lotnisku, a z samolotu wychodzi strasznie skromy facet. Na dzień dobry, też tak polskim zwyczajem, przeprosiłem za mój angielski, a Filip mówi mi „Nie, nie. Twój angielski jest perfect, poza tym mój też nie jest taki fajny”, więc już poczuliśmy, że się dogadamy. Pilotowałem go do hotelu, jechałem z przodu, a on wypożyczonym samochodem za mną. W pewnym momencie silnik mu zgasł na światłach. Dojechaliśmy do hotelu, Filip wysiada i mówi „Słuchaj, niesamowite. Zgasł mi samochód, zatamowałem ruch, a nikt nawet na mnie nie zatrąbił”, więc już był zachwycony. Wróciliśmy na Stary Rynek i poszliśmy do jakiejś knajpy na pizzę, żeby się lepiej poznać. Wcześniej przeszliśmy się po tym rynku i jak już siedzieliśmy w środku i czekaliśmy na jedzenie, powiedziałem mu coś w stylu „Wiesz, Poznań jest taki mały i nie tak piękny jak Praga, z której jesteś”. A on do mnie „Co Ty? Przecież to jest piękne miasto!”. No i to był pierwszy szok – gość z Pragi mówi mi, że Poznań jest fajnym miastem, a my przecież zawsze uważaliśmy, że czegoś mu brakuje. Jak już przełamaliśmy pierwsze lody, to okazało się, że on był tak samo albo nawet bardziej zestresowany tym spotkaniem niż ja.

Następnego dnia mieliśmy jechać po dziennikarza z Londynu, guru fotografii sportowej, który regularnie obsługuje mecze Premier League. No to wiesz, my takie dwa leszcze, a on przyjedzie i będzie głupio. I sytuacja była bardzo podobna. Odebraliśmy go z lotniska, pojechaliśmy na rynek, poszliśmy na pizzę. No i we dwójkę zaczynamy się przed nim tłumaczyć, że przepraszamy, że my ten angielski to tak nie za bardzo. Wtedy powiedział nam „Ale Panowie, wy mówicie w moim ojczystym języku. Czym się przejmujecie?”. No to już tak, Poznań jest okej, angielski pasuje – źle nie będzie.

No i domykając już te tematy, najzabawniejsza dla mnie była historia, gdzie siedzieliśmy już w czwórkę czy w piątkę i ostatni miał przyjechać Szkot. Zaczęły się rozmowy, że z tym ich akcentem, z naszym angielskim, to już w ogóle będzie ciężko się dogadać. Na to spojrzał na nas Irlandczyk i mówi „Panowie, ale ja go też nie zrozumiem”. Dlatego pod względem osobistym to Euro było dla mnie zupełnie czymś innym niż dla większości kibiców. Ale generalnie myślę, że to zetknięcie z różnymi nacjami mocno nas jako Poznaniaków otworzyło. I organizacyjnie też wszystko wyszło fajnie.

Pamiętam jeszcze historię odnośnie stadionu, bo jak już po kolei te wszystkie mity padały, to warto o tym wspomnieć. Przyjechała do nas dziennikarka BBC z Berlina, która obecnie mieszka na Alasce z mężem i z tego co widziałem na Facebooku, to lata teraz po zakupy samolotem, więc zmiana niesamowita (śmiech). Poznałem ją przy okazji meczu Lecha z Terekiem Grozny za czasów Czesława Michniewicza, to był sierpień 2004 roku. Wtedy w Czeczenii była wojna i ona przyjechała na ten mecz porozmawiać z przedstawicielami klubu bardziej w kontekście politycznym niż sportowym. Pamiętam, że byłem na konferencji prasowej i zapytałem, czy w czymś jej nie trzeba pomóc, bo widziałem, że jest z zewnątrz. Poznaliśmy się i udało nam się ten kontakt utrzymać aż do Euro. Wtedy właśnie dołożyła taką kropeczkę nad „i” do mojego postrzegania wszystkiego w Poznaniu. Pojechaliśmy pod stadion i zacząłem jej się tłumaczyć, że ten stadion taki nie do końca, że ma mniejszą trybunę i w ogóle nie wygląda jakoś ładnie – bo takie było wtedy postrzeganie poznańskiego obiektu. Spojrzała na stadion i mówi „Nie, no… Przecież on jest piękny, super piłkarski stadion”. To domknęło dla mnie ten nasz lokalny sposób myślenia, który rósł latami poprzedzającymi Euro.

Może ja dlatego tak mocno zwracam uwagę na kwestię mentalną, bo pamiętam, jak wyjechałem w sierpniu 2012 roku do Londynu na Igrzyska Olimpijskie i poszedłem do hali, gdzie polscy siatkarze grali swoje mecze. To była, strzelam, hala z lat 60., a strefę prasową zorganizowali w drugiej hali obok w tymczasowym namiocie. I stamtąd by fotoreporterzy mogli dostać się na miejsce wyznaczone do zdjeć musieli wyjść na dach, przejść do sąsiadującej hali i wejść przejściem technicznym. Po drodze przechodziło się schodami, na których było czuć, że mieszkali tam bezdomni. Pamiętam, że kiedy szedłem tymi schodami, miałem w głowie te wszystkie teksty, że Euro w Polsce będzie wstydem na całą Europę. A ci Anglicy mieli wszystko gdzieś, to w jaki sposób będą odebrani, bo w ich mniemaniu są najlepsi na świecie i nie muszą się starać. A my mieliśmy tak wywindowany poziom samokrytycyzmu, że moim zdaniem było to przegięcie. Mam wrażenie, że czasem sami nie chcemy siebie docenić.

Tak samo Irlandczycy byli oczarowani Poznaniem i klimatem wokół tego turnieju. Ale też faktycznie się to zmienia pod kątem ilości obcokrajowców u nas, tych różnych kultur jest więcej.

Mam też takie poczucie. Głównie dzięki Lechowi mogłem być w różnych miejscach Europy. Poprzez te mecze w pucharach styczność z kibicami z różnych krajów jest duża. Warto tu przytoczyć przykład „Let’s all do the Poznań” wykonywane przez kibiców Manchesteru City. To jest coś, co zostało zauważone, można powiedzieć, że klub i kibice są ambasadorem miasta. Patrząc jeszcze szerzej, mam wrażenie, że każde poznanie inności rozbija uprzedzenia. Ja też pamiętam, jakim szokiem kulturowym był dla mnie 2012 rok, kiedy wsiadłem do metra w Londynie i w wagonie byłem ja i jeszcze jedna osoba o jasnym odcieniu skóry. Poza nami byli przedstawiciele właściwie wszystkich ras. Zmierzam do tego, że tam innością byłem ja. Na początku poczułem „coś”. To nawet nie był dyskomfort. To była konfrontacja z nową sytuacją i przez to, że pracowałem przez następne trzy tygodnie w innym kulturowo świecie, teraz patrzę na wiele spraw zupełnie inaczej.

Podobnie jest z osobami z niepełnosprawnością – boimy się osoby na wózku, bo nie wiemy, jak mamy się wobec niej zachować. A wystarczy konkretnego człowieka poznać, porozmawiać z nim i nagle okazuje się, że wszystko jest okej i to też bardzo doceniam, że poprzez aparat z wieloma takimi sytuacjami miałem styczność, że w głowie mam teraz zupełnie inaczej pewne kwestie poukładane.

Tak myślę, że również w Lechu ta inność się od lat przejawiała, różne narodowości i kultury.

To prawda. W moich czasach w klubie był Zaur Sadajew, czyli muzułmanin z Czeczeni, było wiele innych nacji, języków, kolorów skóry. Wielokulturowość jest w piłce szeroko obecna.. Oczywiście, nie jest to też dobre, kiedy cały zespół składa się z obcokrajowców, ale kwestie czysto sportowe to nie moja bajka. Nie znam się za bardzo na piłce, więc nie chcę się wypowiadać. Natomiast kulturowo bardzo fajnie było poznać się bliżej z piłkarzami. Na przykład taki Abdul Aziz Tetteh to jest niesamowity, bardzo ciepły człowiek. Też mamy fajny kontrast w przypadku Paulusa Arajuuriego. Wielki chłop z sercem na dłoni. Paulus i Aziz byli bardzo podobni pod względem osobowości – uśmiechnięci, weseli. Arajuuri może i nie miał innego odcienia skóry, ale fajnie było poznać tę skandynawską mentalność. Tak samo jeśli chodzi o piłkarzy z Bałkanów czy zachodniej Europy. To bardzo rozszerza horyzonty i człowiek dzięki temu dojrzewa społecznie.

Nawiązując do Bałkanów – ten przykład kontrastu obrazu zewnętrznego z obrazem wewnętrznym człowieka można przytoczyć również mówiąc o Ivanie Djurdjeviciu.

Ivan bardzo pasował kibicom, był im bliski, bo mam wrażenie wyznaje podobne wartości. Kiedy przeprowadził się do Poznania, czytał bardzo dużo o historii Polski, bardzo doceniał to, że Polacy go przyjęli w swoje progi i myślę, że chciał się tym trochę odwdzięczyć kibicom za szacunek i zaufanie.

Przechodząc stricte do Twojej pracy w Lechu. Lata 2013-2018 to nie tylko Mistrzostwo Polski, ale też trzy przegrane finały Pucharu Polski. Emocjonalny rollercoaster.

Przyznam, że jak patrzę przez pryzmat wspomnień, to więcej jest tych negatywnych. Śmieję się, że byłem specem od fotografii smutku. Takich trudnych momentów było faktycznie sporo. Bardzo żałuję sezonu 2016/2017 za kadencji Nenada Bjelicy, kiedy nie udało się ostatecznie zdobyć mistrzostwa, a było naprawdę bardzo blisko. Mam taki wewnętrzny żal, bo to był moment, kiedy byłem w stanie najwięcej zrobić, bo z Nenadem Bjelicą i jego sztabem współpracowało mi się fantastycznie.
Z perspektywy czasu to chyba najlepszy okres w moim życiu pod względem zawodowym. Ci ludzie sami używali mediów społecznościowych, rozumieli je, podchodzili do mojej pracy i roli w klubie bardzo świadomie. Udało mi się też zdobyć ich zaufanie na tyle, że mogłem wtedy prawie wszystko. Mogłem, ale nie robiłem i sztab wiedział, że ocenię co jest do zrobienia, co jest do publikacji i że będę wiedział, kiedy odłożyć aparat.

Osobiście podchodzę do roli fotografa w taki sposób, że to nie jest tylko naciśnięcie migawki i zrobienie zdjęcia. Wykonywanie zdjęć to kwestia nawiązywania relacji. Oczywiście, w trakcie pojedynczych sesji czy zdjęć reportażowych bardzo trudno jest nawiązać głębszą relację, ale zbudowanie więzi z osobą, którą się fotografuje, by się nie bała, że zrobię jej krzywdę poprzez zdjęcia, jest kluczowe.

W tamtym przypadku swoją postawą pokazałem, że zasługuję na dopuszczenie do pierwszego zespołu. Bardzo znamienny był dla mnie moment, kiedy na koniec współpracy żegnałem się z drużyną w szatni. Pamiętam słowa Łukasza Trałki, który wręczał mi pamiątkową koszulkę. Powiedział takie jedno fajne zdanie – „Adam wiedział, kiedy zdjęcia robić, a kiedy nie”. To jest dla mnie zamknięta w jednym zdaniu kwintesencja roli fotografa klubowego i mediów klubowych generalnie. Warto być zawsze, albo prawie zawsze przy drużynie, ale trzeba rozdzielić czas między fotografowaniem, a nie robieniem tego. To było to coś, co udało mi się wtedy wypracować.

Przez zaufanie sztabu mogłem wchodzić do szatni, jeździłem z nimi autokarem, mogłem zawsze wejść bez uprzedniego zawołania mnie. To była dla mnie oznaka dużego zaufania, bo to nie jest oczywiste. Trener Bjelica i sztab dążyli też do tego, żeby moja obecność nie była wyjątkiem. To była ta ich mądrość. Chodziło o to, że nie mogłem „świecić” pojawiając się przy zespole, bo kiedy wchodziłbym w sytuacji, kiedy dzieje się coś wyjątkowego, byłoby to odstępstwo od normy, rytuału. A w drużynie piłkarskiej te rytuały, pewna powtarzalność ma duże znaczenie.

Radość piłkarzy Lecha po zwycięstwie nad Zagłębiem Lubin. Nenad Bjelica intonuje przyśpiewkę. Sezon 2016/17. Źródło: Adam Ciereszko

Ciągle powtarzano mi, że jestem częścią sztabu. Traktowałem to jako miłą kurtuazję, ale oni faktycznie tak do tego podchodzili. Byłem ubrany tak jak sztab, byłem przez nich traktowany na równi. Wiadomo, że najważniejszy był trener, a cała reszta była do jego dyspozycji. Ale dążę do tego, że kiedy przychodził dzień sesji zdjęciowej, to miałem wolną rękę, a trener pytał mi się „co robimy?”.

To też nie wynikało tylko z jego otwartości na mnie. Pamiętam, że kiedy pojawił się w klubie podczas początku przerwy na zgrupowanie kadry, po dwóch-trzech dniach mieliśmy zaplanowaną sesję zdjęciową w zabytkowej parowozowni w Wolsztynie. 99% trenerów w sytuacji, kiedy dostają dwa tygodnie pracy podczas przerwy reprezentacyjnej, od razu mówi „Nie, nigdzie nie jedziemy, pracujemy”. Tam miała pojechać połowa zespołu. Co zrobił trener Bjelica? Nie odmówił, tylko powiedział „Okej, jedziemy, ale wszyscy”. Pojechał cały zespół, cały sztab. Trenerzy, którzy mieli wziąć udział w kilku zdjęciach sami poprosili o więcej. To pokazuje też odmienne podejście Nenada Bjelicy w kontekście tematów medialnych w stosunku do innych trenerów. On nie traktował mediów jako zło konieczne, przeszkodę.

Ale wracając do tego, że zdawał się na mnie. Miała być sesja zdjęciowa z modelkami. Była koncepcja, że będą ustawieni piłkarze, a pomiędzy nimi modelki. Poszedłem zapytać trenera, co on o tym sądzi, jak to robimy. Na to trener Bjelica powiedział „To jest Twoja praca, zrobimy jak Ty uznasz”. Dokładnie takie podejście funkcjonowało przez dwa lata naszej współpracy. Właśnie w tym kontekście szkoda mi tej końcówki sezonu 16/17, bo wiem, że wtedy miałbym poczucie, że to ja zdobyłem to mistrzostwo, bo czułem się częścią zespołu. Z czystym sumieniem mógłbym powiedzieć „Tak, zdobyłem mistrzostwo Polski”.

Czyli zupełnie inne było to podejście niż trenera Macieja Skorży, chociażby w 2015 roku? Mówisz o tym, że trener Bjelica dopuszczał Cię do wszystkiego, a u trenera Skorży, zwłaszcza w tym sezonie wygląda to chyba nieco inaczej. Oczywiście, nie ma Cię już w klubie, ale nawiązuję tu do sytuacji, gdzie trener nie był zbytnio zadowolony z tego, że kibice na Twitterze doszukują się w galeriach zdjęciowych z treningów tego, kto jest nieobecny.

Trener Skorża jest innym człowiekiem, inaczej do tego podchodzi. Ja też nie chciałbym, żeby to wybrzmiało w taki sposób, że było lepiej czy gorzej. Mogę tylko z perspektywy współpracy z różnymi trenerami powiedzieć „Tak, trener Nenad Bjelica miał większe zaufanie, nie widział problemu w tym, żebym był blisko zespołu”. Natomiast wszyscy inni trenerzy, wyłączając Nenada Bjelicę, podobnie traktowali wszystko to, co dzieje się wokół drużyny. Nie chodzi tylko o fotografa, o media. U nich było troszeczkę większe odizolowanie drużyny od reszty klubu. Trener Bjelica też oczywiście w pewnych kwestiach tworzył barierę, bo po prostu czasem trzeba ją stworzyć. Ja po prostu dostąpiłem wyróżnienia, że byłem wewnątrz i mam poczucie, że nigdy tego zaufania nie nadwyrężyłem.

Ten temat generalnie jest bardzo trudny w kontekście kibiców. Media, piłkarze i kibice – tych relacji nie da się ułożyć w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni. Piłkarze chcieliby mieć trochę więcej spokoju i im więcej go będą mieli tym lepiej będą funkcjonować, będą mogli bardziej się skupić na zagraniu dobrego meczu. Z perspektywy mediów – im więcej informacji media mogłyby mieć, tym lepiej, bo tego chcą kibice. A kibice z kolei uważają, że wszystko, co dzieje się w klubie, powinno trafiać do nich, bo klub jest dla kibiców. I tej sytuacji nie da się rozwiązać. Mam bardzo dużą empatię, potrafię wejść w skórę wielu osób i rozumiem wszystkich, natomiast nie da się sprawić, żeby wszyscy byli zadowoleni. Rozumiem więc odmienne podejście trenera Skorży, który ma do tego pełne prawo i w jakimś stopniu to jego podejście też się sprawdza.

Właśnie, a propos relacji z kibicami. Miałeś kiedykolwiek jakieś nieprzyjemności związane z ludźmi z Kotła? Może jakiś większy kontakt z nimi?

Będąc w klubie miałem takie poczucie, że tam trzeba funkcjonować pomiędzy kibicami, piłkarzami i pracownikami klubu – grupami których interesy nie są zawsze zbieżne. Umiejętność ułożenia sobie relacji ze wszystkimi, wyważenie tego jest bardzo trudne i zajmowanie stanowiska którejś z grupy byłoby bardzo trudne. Starałem się nie wypowiadać na tematy, które mnie nie dotyczą i robić swoje – i to się sprawdzało.

Przykładowo zawsze starałem się, żeby piłkarze spędzili na sesjach jak najmniej czasu. Przygotowywałem wszystko, by kiedy przyszli zdjęcia były zrobione jak najszybciej i by byli wolni. Pamiętajmy też, że dla piłkarza głównym zadaniem jest biegać po boisku, więc kiedy stawiamy go w roli modela, nie musi on się wówczas czuć komfortowo.

No, chyba że ma się taki naturalny sznyt medialny jak Tymek Puchacz.

Okej, ale ja zakładałem zawsze ten najtrudniejszy scenariusz. Bo Tymek Puchacz też może mieć zły dzień. Może się źle czuć, może być chory. Więc jeśli on musi być na tych zdjęciach, to moją rolą jest sprawić, by było to jak najmniej kolizyjne. Pamiętam, jak Tomek Kędziora po meczu z FC Basel, w którym dostał czerwoną kartkę, miał na następny dzień zaplanowaną sesję na bilbordy. Strasznie przeżywał tę sytuację, ale mimo to przyszedł, zrobił swoje i wyszedł. I mam za to do niego ogromny szacunek do teraz, bo przecież mógł odmówić, powiedzieć „nie dzisiaj” czy „wyślijcie kogoś innego”. Skoro on w taki sposób do tego podszedł, to moim obowiązkiem było swoją pracę wykonać jak najlepiej i jak najsprawniej.

Natomiast w kontekście kibiców… Wydaje mi się, że duże znaczenie miało to, że ja przychodziłem do klubu po Euro, Igrzyskach. Fotograficznie też czułem się spełniony, bo obsługa Igrzysk Olimpijskich to dla mnie sportowy szczyt i ja w tym momencie już nikomu nie musiałem nic udowadniać. Byłem, zrobiłem, nie zawaliłem tych Igrzysk, więc uważam, że zdałem swój egzamin dojrzałości w fotoreporterce sportowej. Wchodziłem do klubu jako ktoś, kto ma wykonać swoje zadanie. Nie wchodziłem jako zagorzały kibic, który od dziecka marzył, żeby w tym klubie być, bo to jest, wydaje mi się, bardzo trudna sytuacja, kiedy ktoś całe życie marzy o pracy w klubie i w końcu tam trafia. Z jednej strony to spełnienie marzeń, ale z drugiej strony trudno wejść na poziom profesjonalnego wykonywania obowiązków. Ja od początku starałem się robić swoją robotę jak najlepiej. Nie nazwę się zagorzałym kibicem, ale jestem sympatykiem, kibicuję Lechowi. Rozumiałem wszystko, wiem, jakie znaczenie ma Lech w Poznaniu, w Wielkopolsce, jakie znaczenie ma herb – i że to herb, a nie logo. Rozumiem i czuję te niuanse kibicowskie. Wydaje mi się, że to w jaki sposób pracowałem, w jaki sposób pokazywałem piłkarzy i kibiców, dało mi szacunek, który dziś czuję.

Pamiętam taką rozmowę z osobami, które były bliżej tego środowiska kibicowskiego. To były początki mojej pracy w klubie. Pytałem o jakąś niejasną dla mnie sytuację. Dostałem fajnie otrzeźwiającą odpowiedź, która brzmiała „Stary, my się cieszymy, że tu w końcu przyszedł ktoś, kto się zna na swojej robocie”. Dotarło do mnie, że jeśli jestem od zdjęć, to moją rolą jest, żeby były one jak najlepsze, żeby pokazywać piłkarzy i kibiców w jak najlepszym świetle. I pierwszy raz w Kotle znalazłem się z aparatem, przy zgodzie i akceptacji kibiców. Czułem z ich strony szacunek do tego co robiłem i chęć tego, bym pokazał, jak to wygląda z perspektywy Kotła. I nawet teraz po latach czuję, że moje nazwisko nadal jest w świadomości kibiców i oni wiedzą, że jestem swój. Więc w kontekście tego, czy miałem z nimi jakieś problemy – nie, wręcz przeciwnie, czułem i czuję duży szacunek i ich sympatię.

Nawiązując do tych słów Łukasza Trałki, że wiedziałeś, kiedy tych zdjęć nie robić – można przytoczyć tutaj sytuację z finału Pucharu Polski, kiedy to jeden z fotografów robił zdjęcia załamanego Filipa Marchwińskiego i reanimacji jego taty. Masz jakieś swoje zdanie na temat tej sytuacji?

Nie było mnie przy tym, nie byłem świadkiem tej sytuacji. Natomiast, jak już powiedziałem, wychodzę z założenia, że zdjęcia powinny pokazywać w jak najlepszym świetle tych, których fotografuję. Oczywiście, fotografując te przegrane finały, musiałem robić zdjęcia smutne piłkarzy. To jest moment, który trzeba pokazać, bo jest to częścią sportu, natomiast można to zrobić z szacunkiem. Można pokazać płaczącego Joao Amarala, który moim zdaniem tym zdjęciem zyskał jeszcze większą sympatię. Pamiętam też takie jedno fajne zdjęcie, które zrobiłem Dawidowi Kownackiemu, który po odebraniu srebrnego medalu nie zawiesił go na szyi, tylko włożył go sobie w pasek od spodenek. To jest moje podejście, które założyłem sobie kilka lat temu – nie chcę nikomu zrobić krzywdy moimi zdjęciami, więc w kontekście fotografowania reanimacji, ja bym tego nie zrobił. Ale nie było mnie przy tej konkretnej sytuacji, nie widziałem jej z bliska więc nie mogę i nie chcę też jej komentować. Zresztą to jedna z trudnych do oceny sytuacji, podobnie jak kwestia wejścia kibiców na stadion.

Dawid Kownacki ze srebrnym medalem za Puchar Polski włożonym w pasek od spodenek. Sezon 2014/15. Źrodło: Adam Ciereszko

Tutaj mała dygresja. Moim zdaniem problemem jest też to, że piłkarzy się odczłowiecza. Jest to temat trudny i kontrowersyjny, ale ja z własnych doświadczeń, kiedy byłem blisko tej grupy, miałem poczucie niesprawiedliwości. Boli mnie sposób, w jaki media i po części kibice odbierają piłkarzowi bycie normalnym człowiekiem. Oczywiście, że zarabiają dużo, są gwiazdami, są wybrańcami, ale nadal są ludźmi. I gdyby ta sytuacja miała miejsce w odrobinę innym kontekście, możliwe że tych kontrowersji byłoby mniej, byłoby to bardziej jednoznaczne. Możliwe, że przez to, że dotyczy to piłkarzy, jest większe przyzwolenie na przekraczanie granicy prywatności. Ale może się mylę i to nie o to chodzi…

A co do tych kibiców, którzy nie weszli na stadion – jak to wyglądało od kulis?

Ta sytuacja dotyczy mnie osobiście, bo wybrałem się na mecz z żoną. Ja pojechałem do pracy, a żona na trybuny. Do dwóch godzin przed meczem byłem z nią pod stadionem, potem została pod opieką znajomych. Na jakieś 40 minut przed meczem wyszedłem sprawdzić czy wszystko gra, więc można powiedzieć, że byłem w środku tego napięcia. Ale szczegółów nie znam, bo pojawiłem się tam tylko na chwilę.. Wspomniałem o kibicach, którzy nie weszli na stadion, ponieważ z mojej perspektywy na tej sytuacji nie zyskał nikt. Piłkarze stracili, bo nie mieli dopingu – niewykluczone, że przy 1:2 doping kilkunastu tysięcy poniósłby piłkarzy Lecha tak, że wygraliby 3:2.

Zwłaszcza, że gol Amarala padał na bramkę, za którą znajdował się pusty sektor.

Dokładnie. I w tym momencie radość piłkarzy po golu z tymi kibicami, doping, który by się wtedy pojawił, dałyby bardzo dużo. Zawodników to też w jakiś sposób pewnie absorbowało… Prawdopodobnie wielu piłkarzy miało swoich znajomych czekających pod stadionem. Kibice, którzy zdecydowali, żeby się nie ugiąć z jednej strony w środowisku kibicowskim zdobyli duży szacunek, ale z drugiej strony wśród tych, którzy chcieli wejść, a nie mogli, mogli trochę stracić. Słyszałem różne opinie, od mniej po bardziej radykalne i wydaje mi się rozumiem każdą ze stron. Zrozumiałym jest, że jeśli ktoś jechał na ten mecz, zapłacił za bilet i chciał po prostu wejść na stadion, a nie miał możliwości, może mieć problem ze zrozumieniem tego. Zwłaszcza jeśli nie zagłębia się w tematy kibicowskie i nie nie rozumie wagi tej akcji z punktu widzenia ruchu kibicowskiego w ogóle. Mam wrażenie, że na tej sytuacji stracili wszyscy. Również klub choćby przez wspomnianą wyżej stratę dopingu i wsparcia. Na pewno też wizerunkowo straciła zarówno straż pożarna, jak i prezydent Trzaskowski. Bo to nie była racjonalna decyzja, zwłaszcza w kontekście meczu reprezentacji, który za miesiąc na tym samym stadionie się odbędzie i raczej na pewno będą tam flagi.

Tak samo kilka dni później wydano decyzję o tym, że na mecz Legii Warszawa z Górnikiem Zabrze, będą mogły pojawić się flagi.

Właśnie. Tydzień po finale odbywa się mecz na Łazienkowskiej. Po drugiej stronie Wisły – nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie administracyjne, czy nie (śmiech), ale mimo wszystko decyzja jest inna. I to jest strasznie niekonsekwentne, pokazuje dziwne tło całej tej sytuacji. Pewnie chodziło o to, że kiedyś zapłonął dach stadionu, ale myślę że są lepsze sposoby na to, żeby zapobiec strzelaniu z rac niż zakazywanie flag.

Wróćmy do piłkarzy, którzy przewinęli się przez Lecha, kiedy pracowałeś w klubie. Masz jakieś szczególne wspomnienia z kimś poza Azizem Tettehem, Łukaszem Trałką, Paulusem Arajuurim czy Tomkiem Kędziorą, o których wspomniałeś?

Pierwsze co mi przychodzi do głowy, to również Aziz z Łukaszem (śmiech). Dla mnie ciekawa była kwestia relacji tej dwójki, ponieważ teoretycznie to były dwie „szóstki”. Aziz został sprowadzony jako rywal dla Łukasza. I tak jak w przypadku środkowych obrońców szansa na to, że zagrają razem jest duża, tak prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch defensywnych pomocników, ludzi od czarnej roboty – takich piłkarzy, jakimi teraz jest Szef, czyli Jesper Karlström (śmiech) – jest dość małe.

Przychodzi ewidentna konkurencja dla Łukasza Trałki, czyli człowieka, który był niekwestionowanym liderem szatni, choć stracił w pewnym momencie opaskę kapitańską, ale wiele razy ciągnął cały zespół. Zupełnie abstrahując – do teraz nie rozumiem kibiców, którzy domagali się jego odejścia. Bo to jest gość, który zostawiał mnóstwo serca na boisku, na którym zresztą był bardzo dobrze postrzegany. Pamiętam mecz z Legią, gdzie ze środka boiska gonił Artura Jędrzejczyka do linii bocznej i wjechał mu wślizgiem. Nie sfaulował, ale zablokował. Wstał napakowany jak taki gladiator i dostał owację od trybun. To jest dla mnie obraz Łukasza Trałki w Lechu. A dla wielu kibiców Łukasz Trałka to jest gość, który coś tam kombinował w szatni, mieszał, zwalniał trenerów. Nie wiem, jak rozwinięte musiałby mieć moce kombinacyjne, żeby pogodzić jedno z drugim. To był gość, który z mojej perspektywy ciągnął mentalnie Lecha. Ale mogę w tej ocenie być nieobiektywny bo darzyłem i darzę go dużą sympatią.

Pamiętam do dziś transparent wywieszony przy Bułgarskiej, na którym widniał napis „Bjelica, Ivan, Nawałka – a kiedy, ku*wa, Trałka”. To było na krótko przed odejściem Łukasza z Lecha.

Właśnie, bo Łukasz cały czas był. Przecież po przyjściu Aziza Łukasz wygrał z nim rywalizację pod kątem sportowym, w związku z czym po jakimś czasie Aziz podjął decyzję o odejściu. Ludzie mówili, że Łukasz sportowo nie daje rady, po czym wygryzł Aziza ze składu, a kibice dalej uważali, że jest tym złym. Wydaje mi się, że to już jest pewne uprzedzenie, które zawsze pozostanie niezależnie od faktów.

A wracając do tej relacji Łukasza z Azizem… Pamiętam, że niesamowicie mnie fascynowało i zaskakiwało, że pojawił się Aziz, konkurencja dla Łukasza, a widać było, że ciągle razem funkcjonują. Dużo ze sobą spędzali czasu i rozmawiali czy to przed meczami czy treningami… Wzajemna sympatia do siebie tych dwóch osób była dla mnie czymś niesamowitym, bo przecież rywalizowali o pozycję numer 6. To pokazuje, że drużyna piłkarska, to nie jest miejsce, gdzie odbywa się wyścig szczurów. Że te relacje i kontakt w drużynie są bardzo ważną sprawą.

Łukasz Trałka i Abdul Aziz Tetteh przed meczem wyjazdowym w Szczecinie. Sezon 2016/17. Źródło: Adam Ciereszko

Ta historia ma też o tyle fajny finał, że przez to, że zwróciłem uwagę na tą relację, udało mi się zrobić jedno z najlepszych zdjęć z mojego czasu w Lechu. To była radość po asyście Łukasza Trałki, który wrzucił do Radka Majewskiego. Radek strzelił gola, ale Łukasz skradł mu cały show. To był moment, w którym zwyżkował z formą, chyba to była jesień 2016 roku. Pamiętam, że eksplodował wtedy taką radością, że na Radka nawet nie zwróciłem uwagi, bo Łukasz był tuż przede mną. Marcin Robak wskoczył mu na plecy, reszta też przybiegła do nich i wspólnie się cieszyli. To był jeden z niewielu momentów, kiedy Łukasz i Aziz byli razem na boisku. Cieszynki mają taką swoją dynamikę, że strzelec po golu cieszy się sam, dobiega do kogoś, pojawia się reszta zespołu i cieszą się wspólnie. Potem jeszcze czasami strzelec wyśle serduszko do żony czy dziewczyny albo zrobi jakiś gest w kierunku kibiców. To za każdym razem wygląda mniej więcej podobnie. I w tamtej sytuacji większość fotoreporterów oglądało już pewnie zdjęcia z tej radości, skończyli fotografowanie, bo te emocje były w tendencji zniżkowej. A mnie coś tknęło, że Aziz i Łukasz są razem na boisku. I gdy piłkarze rozeszli się już po wspólnej radości, Łukasz podbiegł do Aziza i zrobili powtórną cieszynkę. I było to o takim ładunku emocjonalnym, że czasem nawet radości po samej bramce nie są takie. Oni się chwycili za ramiona i wykrzyczeli sobie w twarz tę radość. To jedno z moich ulubionych zdjęć, jest fajnym dopełnieniem całej historii. Oni mnie tym zdjęciem utwierdzili w przekonaniu, że jest między nimi coś fajnego, ale też jest tak, że oni mi to zdjęcie po prostu podarowali.

Abdul Aziz Tetteh i Łukasz Trałka cieszący się po… asyście Łukasza Trałki. Sezon 2016/17. Źródło: Adam Ciereszko

Tak samo można teraz powiedzieć o Pedro Tibie, który siedzi na ławce rezerwowych, a cały czas widać, że żyje tym, co dzieje się na boisku, wylatuje z tej ławki. Takie niuanse też są cenione przez kibiców, kiedy widać to w kulisach czy na zdjęciach, że mimo przegranej rywalizacji ta atmosfera jest wciąż dobra.

Tak, tylko tutaj mam lekki żal do kibiców, że oni hołubią piłkarzy, bo tego nie można inaczej nazwać, wtedy kiedy idzie. A w momencie, w którym coś się zaczyna dziać nie tak, dominujący jest głos nie wsparcia, nie kibicowania, tylko od razu jest podejście na zasadzie „nie nadajesz się do gry w Lechu Poznań”. I tego mi po prostu żal, bo uważam, że kibicowanie to jest wspieranie drużyny w takim kształcie, jaki mamy. Tych konkretnych ludzi, którzy w danym momencie wychodzą na boisko z herbem na piersi. Można stawiać zarzuty wobec zarządu, że nie sprowadzili, innego bramkarza, dodatkowego napastnika albo że wybrali Ba Louę zamiast Kądziora.
Co do tego ostatniego, tak jak już mówiłem, nie znam się na piłce i nie podejmę się oceny gry tych zawodników, ale pamiętajmy, że zupełnie inaczej funkcjonuje i gra się w otoczeniu pewnych w zespole, w którym jest się gwiazdą, a inaczej w drużynie, w której jest większa rywalizacja i bardziej wyrównany skład.

Najprostszy przykład – Messi w Paris Saint-Germain.

Tak. Może ktoś się na mnie obrazi, powie że gadam głupoty, ale jaka jest wina piłkarza X w tym, że jest na pewnym poziomie, ma takie, a nie inne ograniczenia, i że gra w taki, a nie inny sposób? Wyzywanie go od fatalnych… To nie on podpisał kontrakt, nie on zdecydował się na granie i bardzo często przypadki powodują, że taki zawodnik ma przed sobą postawione zadania, którym nie jest w stanie podołać. Jak już o tym mówimy, pamiętam sytuację Bartka Ślusarskiego z powrotu do Lecha. Popraw mnie, jeśli będziesz wiedział lepiej, ale wrócił do Lecha, żeby być zmiennikiem czy drugim napastnikiem. Trochę, jak teraz Kownaś.

Tak, bo Bartek przychodził jeszcze kiedy Artjoms Rudnevs był w Lechu. Razem z Vojo Ubiparipem za kadencji Jose Mari Bakero.

No właśnie. I on przychodził, żeby wchodzić na końcówki. Wszyscy wiedzieli, jakim Bartek jest zawodnikiem, jakie ma zalety i jakie ma wady. To nie jest techniczny wirtuoz i nikt nigdy tego od niego nie oczekiwał. Natomiast był uwielbiany przez kibiców, zawsze zostawiał serce na boisku. Po czym nagle coś się zadziało i okazało się, że Bartek musi stać się pierwszym napastnikiem.

Odszedł Rudnevs.

O, właśnie. No i Bartek musiał wejść w rolę pierwszego napastnika. Nie wiem, czy pamiętasz, ale dochodziło do sytuacji, w których kibice wyzywali go nawet przy schodzeniu z boiska.

Przy czym trzeba pamiętać, że kiedy Ślusarski był pierwszym napastnikiem, był najlepszym strzelcem Lecha w Ekstraklasie.

Był, ale nie był wystarczająco dobry dla większości kibiców. Rozumiem, że kibicowanie to jest pasja, to jest coś szalonego, że idzie się na mecz, żeby się oderwać, że trochę wyłącza się racjonalne myślenie. Ale granica, którą się przekracza wyzywając swojego zawodnika za to, że nie jest odpowiednio dobry, pomimo tego, że on nie ma prawa przeskoczyć pewnego poziomu – to jest coś, czego nie rozumiem, a to funkcjonuje do teraz. Cały czas jest coś takiego, chociażby w kontekście bramkarzy. Mówimy „ten zły, ten zły”.

Albo Michał Skóraś, który pewnego poziomu pewnie nie przeskoczy, ale kiedy przyszło co do czego, był najlepszym skrzydłowym Lecha w ostatnich meczach, a i tak był wyzywany.

Ale zobacz – w momencie, kiedy odchodzili Tymek Puchacz i Kuba Moder, mówiło się, że to źródełko się wyczerpie po Kamyku. A moim zdaniem Michał Skóraś spokojnie jest w stanie pójść ścieżką chociażby Kamila Jóźwiaka. Może to nie będzie transfer na poziomie Kuby Modera, ale Skóraś na pewno jest bardzo dobrym piłkarzem.

Mamy fajny skład, mamy fajnych piłkarzy – jesteśmy liderem na dwie kolejki przed końcem. To jest bardzo dobry sezon. Gdyby nie to, że Raków i Pogoń robią jakieś bardzo dziwne rzeczy, bo tak punktujące trzy zespoły zdarzyły się chyba pierwszy raz w historii, to my już dawno byśmy to mistrzostwo przyklepali. Absurdem sytuacji jest, że przez brak gola dla Rakowa na 2:1 z Cracovią, zależy de facto ocena całego sezonu Lecha. Odwracając tę narrację – można tak samo powiedzieć o Marku Papszunie, że był nazywany cudotwórcą, a teraz już nie będzie. To jest to samo, co niestrzelona setka Radka Majewskiego w finale Pucharu Polski z Arką w końcówce. To jest to samo, co Darko Jevtić i jego karny z Koroną, który mógł zmienić losy sezonu 16/17 za Nenada i zdobylibyśmy mistrzostwo. Takich sytuacji jest mnóstwo, to jest sport. I uważam, że przydałoby się czasem więcej wsparcia i zaufania ze strony kibiców.

Oczywiście, piłkarze są wybrańcami. Ale warto spojrzeć na to, jaką drogę taki piłkarz z akademii musi przejść. Chłopców grających w piłkę w Poznaniu i okolicach jest pewnie kilkadziesiąt tysięcy. Kilkudziesięciu z nich trafia do akademii. Z dwudziestu zawodników z rocznika na obóz z pierwszą drużyną Lecha pojedzie pewnie dwóch. I jeszcze z tej wyselekcjonowanej grupy pewnie co piąty ma szansę zagrać kiedyś przy Bułgarskiej. Oni przechodzą bardzo długą drogę.

Trudno być piłkarzem na takim poziomie i z takimi kontraktami, o jakich teraz mówimy. Informatycy również zarabiają bardzo dużo, czasami pewnie porównywalnie z piłkarzami – bo ich po prostu brakuje na rynku pracy. Ale od informatyka nikt nie oczekuje tego, że nigdy nie popełni błędu. Że odda całe serce firmie, z którą podpisał kontrakt na trzy lata. A piłkarz to ktoś, kto oczywiście powinien mieć świadomość znaczenia tradycji, barw – tak jak Ivan. Ale Ivan Djurdjević będąc piłkarzem Lecha też nie był perfekcyjny. Też nie zawsze grał, miał gorsze sezony. Dlaczego piłkarzom odbiera się prawo bycia po prostu ludźmi, którzy mogą stracić formę? Ja robię raz zdjęcia lepsze, raz gorsze. Ty, będąc dziennikarzem, napiszesz tekst lepszy albo gorszy i ktoś Ci powie „napisałeś zły tekst”. I to jest okej. Możemy powiedzieć piłkarzowi „zagrałeś zły mecz, przegrałeś finał Pucharu Polski”. Tylko, że ta przegrana w finale nie jest końcem świata. To jest droga do tego, żeby jeszcze więcej wycisnąć i być może zdobyć mistrzostwo. Moje życiowe doświadczenie pokazuje to, że z trudnych sytuacji wyciąga się najwięcej. Że trudne sytuacje rozwijają. To właśnie upadanie i potem wstawanie powoduje, że jesteśmy lepsi, dajemy z siebie jeszcze więcej. Mam wrażenie, że jeśli wspieralibyśmy bardziej piłkarzy w wyjściu z kryzysu, mogliby osiągać jeszcze wyższy poziom. A dominującą postawą jest mówienie jak o Kamyku, że już się skończył.

Tutaj mecz z Piastem Gliwice jest dobrym podsumowaniem. Wiele osób twierdziło właśnie, że Kamyk się skończył, że myślami jest gdzie indziej. Otwiera wynik. A potem Mikael Ishak, o którym na Twitterze było pełno wpisów, że powinien zejść z boiska. Zdjęlibyśmy Ishaka i nie mielibyśmy wygranej, i teraz sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej.

Pamiętam też, co powiedział mi kiedyś Nenad Bjelica. Że w Poznaniu problem jest taki, że on odejdzie, a problem zostanie. Problem, czyli skrajne emocje. Wygramy – jest super, przegramy – jest do bani. Nie ma nic pomiędzy i nie ma rozmowy na temat taktyki, formy, tego czy był dobry mecz, czy nie. Wygrany mecz jest dobrym meczem, przegrany jest złym meczem. Nie ma czegoś takiego, że trener może powiedzieć „przegraliśmy, ale zagraliśmy dobry mecz”, bo będzie hejtowany. Jak wygramy, nic się nie liczy. Nieważne, czy zagraliśmy dobrze, czy źle. Wydaje mi się, że dużo na tym tracimy.

Faktem jest, że w dniu meczu całe miasto tętni życiem, na ulicach widać kibiców w barwach, poziom emocji sięga zenitu. Lech w Poznaniu i Wielkopolsce to świętość więc może tych skrajnych emocji po prostu nie da się uniknąć przez to, jak to u nas wygląda. Natomiast czuję, że jest to trudne i czasami przydałoby się większe wsparcie dla piłkarzy w trudnych chwilach czy przy zniżkach formy.

Przypomina mi się też wywożenie z klubu na taczkach Jasmina Buricia, który przecież był bardzo szanowany w Poznaniu.

To jest w ogóle dla mnie przykra historia. Bo rozumiem, że Łukasz Trałka przychodził z Polonii, miewał kontrowersyjne wypowiedzi czy postawy i mógł mieć stały negatywny elektorat. Ale Jasiu? Błędy popełniali absolutnie wszyscy bramkarze, których mieliśmy. Nie pamiętam, żebyśmy mieli bramkarza-kozaka jak to często obecnie się określa. Przed Krzysiem Kotorowskim był Waldek Piątek i on też nie był perfekcyjny. I tu wypada sobie zadać pytanie, czy my mamy słabych bramkarzy, czy za dużo od nich oczekujemy? My nigdy nie ściągniemy bramkarza na poziomie Barcelony, Liverpoolu czy Realu. Poza tym oni też popełniają błędy, zresztą nieraz kuriozalne. Samo potraktowanie Jasia jako człowieka to jest coś, z czym bardzo trudno było mi się pogodzić. Rozumiem chęć zmian w zespole, ale można to było załatwić inaczej.

Pamiętam, jak dawno temu z Groclinu Dyskobolii odchodził Dušan Radolský. Zorganizowano konferencję prasową i wręczono mu bukiet kwiatów. I oczywiście nie o to tu chodzi. Ale uszanujmy pracę tych, którzy zostawiali tu serce. Niefajnie poczułem się też, kiedy odchodził Nenad Bjelica, o którym mówiło się, że zmarnował Lechowi dwa lata. Mimo, że w 30. kolejce był bogiem. Gdyby mi ktoś powiedział, że okres mojej pracy w klubie było pasmem porażek i dobrze, że odchodzę, nie czułbym się zbyt fajnie.

Przykładem z lokalnego podwórka, że można to załatwić inaczej, jest Piotr Tworek, o którym nikt nie mówił, kiedy odchodził z Warty, że był do bani. Klub doszedł do momentu, w którym trzeba było coś zmienić i tyle. Pamiętam, że Czesiu Michniewicz wspominał kiedyś rozmowę z Henrykiem Kasperczakiem, który mu powtarzał „jedyne, co jest pewne w pracy trenera, to że Cię zwolnią”. Taka jest ta praca.

No, to na koniec, spinając to wszystko klamrą, mistrzostwo wróci do Poznania?

Mam nadzieję, że tak. Staram się nie oceniać stricte piłkarskich rzeczy – taktyki czy sposobu grania, ale przez ostatnie lata nie widziałem tak fajnie grającego Lecha, tak poukładanego, jak teraz. Oglądając pierwszą połowę meczu z Piastem miałem takie poczucie, że tak powinien grać mistrz Polski. Wielokrotnie w poprzednich sezonach Legia zdobywała mistrzostwa grając dużo gorzej niż Lech w obecnym. Teraz ten poziom jest jednak bardzo wywindowany, co sprawia, że ta dobra gra długo nie wystarczała. Mam nadzieję, że jeśli wygramy z Wartą, która już nie ma szans na spadek, to przypieczętujemy to mistrzostwo. Mam też nadzieję, że Raków straci punkty z walczącym o życie Zagłębiem. Liczę na to, że już w sobotę będzie okazja do mini-fety. Będę miał niesamowitą frajdę, jeśli będę mógł uwiecznić to mistrzostwo Polski na zdjęciach i sprawić tymi obrazami frajdę kibicom.

Z Adamem Ciereszko rozmawiał Dominik Stachowiak.